Czas płynie, wakacje wyczerpane w połowie.
Mam dla Was naprawdę bardzo dużo historii do opowiedzenia.
Nie próżnowałem i napisałem całkiem obszerne opowiadanie.
Za tydzień wracam i zrobię wszystko, żeby jak najszybciej je wam przepisać na wersję elektroniczną. Przy okazji sprawię, że będzie to najlepsze opowiadanie jakie kiedykolwiek napisałem.
Pozdrawiam was gorąco i trzymajcie się serdecznie,
MikoGot
Szukasz przygód szalonych przemytników, dzielnych rycerzy, białowłosych zabójców potworów, żołnierzy z laserowymi karabinami? Jeśli tak to dobrze trafiłeś. Tutaj znajdziesz coś dla siebie. Witaj w kontrolowanym wirze czasoprzestrzennym, który przeniesie Cię w każde uniwersum.
piątek, 15 sierpnia 2014
wtorek, 8 lipca 2014
Rysunek [ ART ] Szczerbatka
Szczerbatek
"He is something more then normal dragon, he is... my friend"
Pozdrawiam wszystkich fanów
"Jak wytresować Smoka"
Trzeba wziąć się za ogarnięcie bloga i spisanie wszystkich terminów ;)
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Kroniki Seggelin - Złota Moneta | Rozdział I - Ucieczka
KRONIKI SEGGELIN
Złota Moneta
Przedmowa
Przygoda, którą czytacie jest oparta na uniwersum powołanym do życia przez twórców serwera Seggelin - Throka i Linka. Autor tej powieści spędził przyjemnie czas wśród tamtych graczy i przeżył z nimi niesamowite przygody. Ta opowieść jest hołdem i formą podziękowania dla twórców tej rozrywki oraz graczy, którzy współtworzyli ją. Historia kręci się wokół postaci wykreowanej przez autora. Pojawiają się też inne postacie wzorowane na znajomych z forum oraz serwera.
***
Całej ekipie administratorów serwera Seggelin, wszystkim krasnoludom z Karak Nurn
i całej reszcie graczy oraz znajomym z forum składam serdeczne podziękowania.
Jesteście legendarni.
***
Rozdział I
Ucieczka
Nicholaus wracał późnym wieczorem do domu. Żwir ubitej ścieżki chrzęścił pod grubymi podeszwami wysokich, skórzanych butów krasnoluda.
Ten zadowolony nucił wesołą piosenkę i szedł żwawym krokiem w stronę wysokiego świerkowego lasu obrastającego ścieżkę.
Nicholaus wracał z oględzin budowy w Karak Nurn. Budowę tą nadzorował krasnolud Spidi. Był to bardzo pracowity, pomysłowy i odpowiedzialny gnom. Należał do Wielkiej Rady, ich krasnoludzkiej osady. Nicholaus uważał, że to on powinien zostać Balem*.
Był małomówny i odstawał od reszty. Po prostu sam nie wierzę, że został wybrany na przywódcę. Pewnie szczęście albo raczej dotyk obleśnego palucha ironicznego losu sprawił, że stało się tak, a nie inaczej. Ewentualnie miał dobre pomysły. Tak myślę.
Nicholausa z zamyślenia wyrwał odór niemytych nóg. Zmarszczył nos z obrzydzenia. Swoje nogi szorował dzisiaj rano, więc pojawienie się tego przykrego zapachu, było stanowczą podpowiedzią, że coś jest nie tak. Podejrzane, mruknął do siebie. Bogowie mi świadkiem, że to niesamowicie podejrzane.
Nagle z pobliskich krzaków wyskoczyło czternaście zakapturzonych postaci. Otoczyli krasnoluda lecz ten był już przygotowany. Stalowy toporek wyskoczył gwałtownie w powietrze, a Nicholaus pochwycił go szybkim ruchem ręki. Zaskoczeni napastnicy odsunęli się prędko.
- Od któregoś z was wali tak straszliwie, że wyczułbym was na kilometr - rzekł krasnolud, po czym splunął na ziemię i zakręcił młynek wokół siebie.
- No dobra - warknął - Kim jesteście i czego chcecie?
Czekając na odpowiedź, zastanawiał się w jaki sposób tyle osób zmieściło się w małym, obdartym krzaczku.
Spomiędzy napastników wysunęła się, wyższa od nich o głowę, czarna postać. Spod szarego kaptura błysnęły jaskrawe oczy, które przyprawiły Nicholausa o dreszcze.
Postać odezwała się głosem przypominającym tarcie kamienia o kamień.
- Oddaj nam monetę - wycharczał.
- Nie wiem, o czym mówisz, dziwna człeczyno - odpowiedział krasnolud zachowując spokój - Przepuść mnie, a przyrzekam, że odejdziecie żywi.
Ciemna postać wydała z siebie charkliwy dźwięk przypominający duszenie się poprzez zachłyśnięcie. Błyskawicznie zbóje wyciągnęli zakrzywione ostrza i rzucili się na krasnoluda.
Toporek zakręcił się gwałtownie i wytrącił z rąk kilka sztyletów. Bandyci odskoczyli zaskoczeni widząc niezwykłą zręczność krępego jegomościa. Nicholaus wykorzystał to i zaszarżował prosto na czarną postać. Ryknął, a kiedy jego ostrze miało już przeciąć napastnika ten zniknął. Krasnolud zachwiał się wytrącony z równowagi. Zabójcy widząc szansę na szybkie pokonanie przeciwnika, rzucili się na niego. Nicholaus uchylił się przed sztyletem nadlatującym z lewej, odbił sparował uderzenie trzech sztyletów z prawej i kopnął jednego ze zbójów w klejnoty rodzinne. Przeciwnik zawył i złapał się za krocze. Nicholaus pięknym, lewym sierpowym zakończył jego cierpienia.
Nie zapomniał o innych. Odwrócił się w samą porę, aby odbić nadlatujące sztylety. Przeciwnicy bardzo szybko się uczyli. Jeden ze sztyletów znalazł puste miejsce w obronie krasnoluda i ugodził go między żebra. Krasnolud zakręcił młynek odganiając napastników. Ci, którzy nie zdążyli skończyli z rozciętymi rękoma, ramionami i brzuchami.
Nicholaus oddychał szybko. Zdawał sobie sprawę, że mają przewagę liczebną. Ale trafili na złego krasnoluda. Bowiem on był zaprawiony w wielu bojach. Nie takie jatki przeżył. Rozejrzał się wokoło. Zostało ośmiu. Reszta leżała martwa lub ranna.
Wkrótce zabójcy ruszyli na krasnoluda ze zdwojoną energią. Krasnolud poczekał na odpowiednią chwilę. Sekundę przed tym, jak sztylety miały wbić się w niego ze wszystkich stron, Nicholaus kucnął. Przeciwnicy wpadli na siebie, raniąc się wzajemnie. Krasnolud zaczął bić i ranić stłoczonych wrogów.
Po chwili Nicholaus wyszedł spod ciał. Trzech pozostałych przy życiu zabójców uciekało kulejąc i podpierając się nawzajem.
- I żebym was tu widział ostatni raz! - pogroził im toporkiem. Słysząc to przyspieszyli kroku i zniknęli wśród drzew.
Kiedy adrenalina opadła, Nicholaus poczuł ból w boku. Złapał ręką ze to miejsce. Mokre. Nie musiał patrzeć żeby wiedzieć, że jest to krew.
- Kurwie syny - wysyczał i splunął. Popatrzył na zniszczoną kurtkę uszytą na zamówienie w Siedmiogrodzie i splunął ponownie.
Obejrzał zwłoki. Zielone kamizelki napastników zbroczone były teraz krwią. Podszedł do rannego zabójcy. Młody mężczyzna odrzucił kaptur. Trząsł się jak w febrze, patrząc na kikut swojej dłoni.
Krasnolud przykucnął obok niego. Ten rzucił mu wrogie spojrzenie połączone ze strachem.
- Jeśli masz się nade mną znęcać, to zabij mnie od razu - wyrzucił z siebie dygocząc.
- Spokojnie - powiedział Krasnolud.
Nicholaus Gothicus był starej daty. Jego ród nigdy nie pozwolił rannemu się wykrwawić. Nieprzyjaciele zawsze dostawali drugą szansę (no może prócz goblinów). Pewnie dlatego zostali wybici.
Pomógł człowiekowi zatamować krwotok. Ranny był blady, co oznaczało, że mocno się wykrwawił. Bacznie go obserwował. Młodzieniec nie był do końca zepsuty przez Zakon. Tak, tak. Nicholaus domyślał się, kto stał za atakiem. Mimo tego zapytał.
- Kim jesteście?
Młodzieniec zacisnął zęby.
- Daj spokój - parsknął krasnolud - Wystarczy, że przyjrzę się trupom twoich, a rozpoznam pracodawcę. Z niejednymi już się spotkałem.
Człowiek patrzył to na krasnoluda, to na swoich martwych towarzyszy.
- Zakon Zabójców... - wymamrotał niepewnie - Na ręce... miałem znak Szkarłatnego Wija.
- Tak jak myślałem - mruknął krasnolud, po czym wstał - Coś Zakon podupadł. I nadal ma tą samą nazwę? Do rzyci taka nazwa, ot co. Sam bym lepszą po pijaku wymyślił.
Niedoszły zabójca patrzył spode łba na krasnala trzymającego się za bok.
- Co się tak gapisz, jakbym Ci matkę zaszlachtował? Straciłeś tylko rękę - krasnolud wytarł ostrze toporka o kaptur trupa - Powiedziałbym, że masz wielkie szczęście. Zawsze mógłbyś stracić życie.
Chłopak nie wyglądał na przekonanego.
- Posłuchaj mojej rady - rzekł krasnolud - Uznaj to za drugą szansę. Straciłeś tatuaż. Nikt nie będzie wiedział, że należysz do osławionego Zakonu, który przed pięćdziesięcioma laty zabił wszystkich władców w tym samym czasie. Naprawdę.
Poklepał chłopaka po ramieniu. Zrobił mu prowizoryczne nosze i razem z nim ruszył w stronę swojego domu.
Po drodze widać było, że młodzieniec dużo rozmyśla. Nicholaus wspierał go ramieniem. Nie był jednak głupi i pod pretekstem założenia opatrunku, przeszukał go. Żadnej broni, ale lepiej być spokojnym. No i oczywiście trzeba było być czujnym, jeśli chłopak chciałby grzebać po kieszeniach, toteż podpierał go od uciętej ręki (lewej znaczy się).
Kiedy byli zaledwie pięć minut drogi od domu Nicholausa, chłopak zaczął mówić.
- Słuchaj... bo w... bo my w twoim domu - wyduszał z siebie - W twoim domu czeka nas więcej. Zasadzka, rozumiesz?
Nicholaus kiwnął głową. Nawet nie musiał wierzyć chłopakowi.
Kiedy doszli na rozstaj nie skręcili w prawo do jego domu, lecz w lewo w kierunku portu.
Kilka długich minut milczenia przerwał człowiek.
- Dlaczego mi zaufałeś?
Krasnolud milczał.
- Mogłem Cię oszukać. Skąd wiesz, że na przykład teraz nie wyskoczy na ciebie zgraja uzbrojonych po zęby zabójców? - drążył dalej.
Krasnolud westchnął głęboko.
- Gdybyście mieli to zrobić, zrobilibyście to tam, na drodze. Z nieznanych mi powodów, ktoś podzielił wasze oddziały na grupki.
Spojrzał na bezrękiego.
- Nie wiedzieliście dokładnie, kogo szukać, kiedy tu przybyliście.
***
Nicholaus odstawił chłopaka do tutejszego znachora. Orkowy szaman popatrzył na krasnoluda.
- Wpadł mi pod topór - mówił - Gdy ścinałem drzewo. Jakie to teraz nieszczęścia chodzą po ludziach.
Zaśmiał się z własnego żartu.
Szaman pokiwał głową zrezygnowany.
- Zajmę się chłopakiem - rzekł po obejrzeniu opatrunku - Macie czym zapłacić?
- Chłopak wypracuje sobie zapłatę - zapewnił krasnolud. Prawie się zaśmiał, kiedy zobaczył minę zaskoczonego młodzieńca.
- Mhm... mhm... - mruknął szaman - tylko co on może dla mnie robić? Znasz się na ziołach, chłopcze?
Kręcenie głową.
- Hmm... może umiesz coś z trucizn?
Niepewne kręcenie głową.
- A może jakieś antidotum?
- Tak - chłopak rozpromienił się.
- Hmm... na co?
- Na... katar - odparł.
- Hmm. Aha - mruknął szaman. Spojrzał się na krasnoluda i pokręcił głową.
Nicholaus podszedł do niego. Szaman był o dwie głowy wyższy od krasnala. Pokazał gestem, aby stary ork się schylił, po czym zapytał szeptem.
- Nadal masz te Krakury?
- Mam. Czemu pytasz?
- Z tego co wiem, strasznie cuchną - uniósł porozumiewawczo brwi.
Szaman otworzył szerzej oczy. Po chwili uśmiechnął się, rozumiejąc do czego zmierza krasnolud.
Popatrzyli we dwóch na chłopaka, który spoglądał na nich niepewnie.
- Chłopak się nimi zajmie - przytaknął cicho szaman.
- Miej baczenie na niego - ostrzegł Nicholaus - Dużo przeszedł i nie wiem, co wpadnie mu do głowy.
***
Słońce schowało się za horyzont, kiedy Nicholaus zasiadł za stołem, w zatłoczonej karczmie, razem ze swoimi starymi przyjaciółmi. Tibberan, krasnolud pochodzący z Karak Osiem Szczytów, pił już czwarte piwo. Czarodziej Domigorg, otoczony przez stosy opasłych ksiąg, popijał grzańca z glinianego kubka.
- Napadnięto na mnie - powiedział Nicholaus.
Domigorg znieruchomiał i popatrzył na niego.
- To chyba nie było nic takiego - wzruszył ramionami Tibberan, dopijając piwo - Żyjesz. Jesteś cały i...
Nicholaus wskazał zabandażowane ramię.
- Naj-kurwa-bardziej - syknął - Cudem przeżyłem.
- Och - Tibberan otarł usta rękę i przeczesał brodę palcami - Ilu ich było?
- Czternastu? - zamyślił się - Coś koło tego. A wiesz kto to był? Sam Zakon.
- Jaki zakon? - spytał zaniepokojony Domigorg.
- Zakon Zabójców. Sam wiesz. Ci, co pięćdziesiąt lat temu dokonali przewrotu na całej Valkyrii.
- I nie tylko... - szepnął, jakby do siebie, czarodziej.
- Słucham? - zapytali zdziwieni krasnoludowie.
- Czego od ciebie chcieli? - Domigorg zmarszczył brwi.
- Jakiejś monety - wzruszył ramionami Nicholaus i natychmiast tego pożałował. Rana była świeża i mimo świetnego opatrunku, nadal bolała.
Czarodziej wstał.
- Nicholausie - przemówił stanowczym głosem - Czy jesteś tego pewien?
- Prędzej stępiłby się mój topór - rzucił krasnolud oburzony, badając kciukiem ostrze swojego topora.
- Nicholausie - powiedział czarodziej - Musisz uciekać z Seggelin. Tibberan ma tobie towarzyszyć.
- Co - krzyknęły bezgłośnie oba krasnoludy.
- Zaufajcie mi - Czarodziej zaczął szukać czegoś w stosie swoich książek - Niebezpieczeństwo jest olbrzymie.
- Nie mogę zostawić Karak Nurn! Skoro niebezpieczeństwo jest olbrzymie to... - zaprotestwoał Nicholaus wstając.
- Balu Nicholausie Gothicusie! - Zawołał donośnie Domigorg. Krasnoludowi wydawało się, że urósł.
- Jeśli nie opuścisz Seggelin, to ściągniesz na nie zagładę! Chcesz, żeby do tego doszło?!
Nicholaus tego nie chciał. Milczenie przerwał Tibberan.
- I niby jak mamy uciekać? Konno? - zapytał drwiąco czarodzieja.
Domigorg uspokoił się.
- Nie - odpowiedział - Zaprowadzisz Nicholausa na statek, którym przybyliśmy.
- Zaraz, chwila - Nicholaus wyciągnął przed siebie dłonie w geście stopu.
- Nikt mnie nie będzie nigdzie prowadził. Sam znam drogę.
Domigorg pokręcił głową.
- Wy krasnale...
- Co?! - ryknął Tibberan - Nie jesteśmy krasnalami! Jesteśmy KRASNOLUDAMI! Krasnale to mogą być ogrodowe.
Głośno wrzaski zwróciły uwagę wszystkich w karczmie.
- Idźcie już - ponaglił krasnoludy czarodziej, po czym zwrócił się do gapiów - Skoro już tak patrzycie, to słuchajcie!
***
Miasto płonęło. Gęsty, czarny dym unosił się sponad murów. Tibberan i Nicholaus biegli wzdłuż portowych domów, obserwowani jedynie przez księżyc w pełni. Zewsząd dochodziły odgłosy walki.
Wbiegli do doku, w którym stał dumny, średniej wielkości okręt z dwoma żaglami.
Tibberan wbiegł na pokład i rozkazał kapitanowi odbić od brzegu. Wywiązała się między nimi krótka dysputa o tym, kto jest właściwie dowódcą na tym statku.
Nicholaus wszedł powoli na okręt. Patrzył smutnie w stronę miasta.
- Nadchodzą! - krzyknął majtek. Chwilę potem spadł z hukiem na pokład. Strzała przebiła mu szyję. W pewnym sensie chłopak miał szczęście. Upadek skrócił jego męki.
Nicholaus pobiegł na tył okrętu, gdzie kapitan wrzeszczał na swoich podwładnych. Tibberan stał obok i również wrzeszczał tyle, że na kapitana.
- Zamknij mordę, kurduplu! - ryknął kapitan plując dookoła śliną.
- Sam się zamknij! - Tibberan zawzięcie wymachiwał pięściami, jakby odganiał się od natarczywych much - Kurwa mać! Nazwij mnie jeszcze raz kurduplem, morska hieno!
- Kurduplu, kurduplu, kurduplu! - ryczał niezrażony kapitan.
- Ja Ci dam kurdupla, wodołazie!
Okręt powoli wypływał z portu. Mnóstwo strzał mknęło z ciemności. Większość trafiała w deski, ale niektórym udawało się zranić załogę. Jednak im dalej statek się oddalał, tym mniej strzał go dosięgało, aż w końcu napastnicy zaprzestali strzelać.
Nicholaus dostrzegł jak ciemne sylwetki postaci, uwijają się przy czymś gorączkowo na brzegu.
- Uspokójcie się! - rzekł głośno Nicholaus - I spójrzcie w stronę portu.
Tibberan i kapitan zastygli w groteskowej pozie. Jeden trzymał drugiego za kołnierz. Tylko, że kapitan jako człowiek dość wysoki, musiał się mocno schylić, żeby złapać krasnoluda, a ten mocno wyciągnąć, żeby chwycić za fraki człowieka.
Puścili się, rzucili sobie nienawistne spojrzenia i popatrzyli w stronę portu.
- Coś tam dłubią - stwierdził Tibberan wysilając wzrok.
- Ano - przytaknął kapitan - To są chyba...
Słowa kapitana przerwał głośny plusk. Woda ochlapała, stojących przy barierce bohaterów.
- Balisty! - krzyknął kapitan - Kryć się!
Kolejny pocisk przeleciał im nad głowami i przebił się przez pokład. Trzask drewna zagłuszył okrzyki marynarzy.
- Nie dam im dorwać mojego statku! - Kapitan desperacko kręcił sterem. Gwałtowny skręt sprawił, że kilka pocisków wpadło do wody. Jednak bardzo szybko kolejne pociski uderzyły bardzo celnie.
- Trafili w maszt! - ktoś krzyknął.
- Wytrzymaj, maleńka! - rzucił rozpaczliwie kapitan, zaciskając ręce na sterze - Zgaście wszystkie światła!
Po chwili statek wypłynął poza zasięg balist.
- Uff... - westchnął Nicholaus wychodząc spomiędzy beczek. Otrzepał się z kurzu i nagle zauważył, że zrobiło się ciemniej. Spojrzał na niebo i zobaczył, że nocne niebo zasłoniło gwiazdy. Nad nimi utworzyło się coś w rodzaju oka cyklonu.
- O w mordę... - zaklął i ostatni raz spojrzał na miasto. Wydawało mu się, że na jednej z wież widzi maciupeńką postać, która unosi ręce ku niebiosom.
Zagrzmiało.
- Zanosi się na sztorm - podsumował Nicholaus obserwując nienaturalne, burzowe chmury.
Kapitan popatrzył na niego, po czym popatrzył na załogę, to znowu na niego, po czym spojrzał na Tibberana. Ten rzygał przez poręcz.
- Oooch... jak ja nie cierpię mo... - znowu zwymiotował.
Błyskawica rozdarła niebo. Fale bujały okręt coraz mocniej. Zerwał się dziki wiatr.
- Ściągnąć żagle! - rozkazał kapitan.
Uszkodzony wcześniej maszt nagle pękł. Wielka bela runęła na lewą burtę. Okręt zakołysał się.
- Człowiek za burtą! Człowiek za...
Kolejny grom. I kolejny. Na niebie rozpętało się istne piekło.
Nicholaus potrząsnął Tibberanem.
- Jeśli zostaniemy na tym statku, zginiemy!
Tibberan popatrzył na niego błądzącym wzrokiem.
- Jesteśmy na wodzie! - krzyknął - Gdzie chcesz...?
Nicholaus chlasnął go z liścia w twarz.
- Ogarnij się! - ryknął - Musimy...
Woda uderzyła Bala w twarz i zwaliła krasnoludy z nóg. Nicholaus zerwał się szybko na nogi i złapał oszołomionego Tibberana. Chciał udać się na szalupę. Wtem przypomniało mu się, że Tibberan jest krasnoludem z krwi i kości. Czyli jest normalny, w przeciwieństwie do krasnoludów z Karak Nurn. Chodzi oczywiście o pływanie.
Rozmyślania krasnoluda przerwało potrącenie przez biegnącego marynarza. Nicholaus zobaczył jak wyskakuje za burtę. Chyba przed czymś uciekał. Krasnolud odwrócił się powoli. Zobaczył coś co na zawsze pozostanie w jego pamięci. Olbrzymia masa wody, wysokości kilkudziesięciu metrów, zawisła nad okrętem niczym polujący drapieżca. Nicholaus nie czekając, aż fala rzuci się do natarcia, wyrzucił Tibberana do wody, po czym sam skoczył. Zimna woda wdarła mu się gwałtownie w nozdrza. Otworzył oczy. Szukał Tibberana. Wynurzył się, wziął głęboki oddech i zanurzył jeszcze raz. Niedaleko niego, metr pod wodą, miotał się krasnolud, wypuszczając bąbelki. Broda Tibberana zasłoniła mu twarz.
Tak jak wspomniane zostało wcześniej, krasnoludy z Karak Nurn, oprócz braku lęku do wody, potrafiły w niej pływać.
Nicholaus podpłynął do Tibberana i chciał go złapać. Ten jednak złapał go za twarz i w rozpaczliwej walce o dostęp do powietrza, zaczął wspinać się po Nicholausie.
Oderwał się od niego i spróbował raz jeszcze. Złapał Tibberana w ten sposób, żeby nie dostać ani z kopa, ani w zęby i ostatkiem sił wypłynął z nim na powierzchnię.
Towarzysz Nicholausa zaczął kaszleć i parskać. Ponownie zaczął machać rękoma.
- Przestać! - krzyczał Nicholaus - Utopisz nas!
Tibberan zamarł.
Nicholaus spojrzał w górę i zobaczył jak wielka fala spada im na głowy.
wtorek, 3 czerwca 2014
Wielki Powrót. Kroniki Seggelin - Złota Moneta. Powieść fantasy.
Wielki Powrót
~~~@@@~~~
Kroniki Seggelin
Złota moneta
~~~@@@~~~
Coś dla fanów Hobbita, Władcy Pierścieni i Wiedźmina!
Krótki opis:
Powieść przeniesie nas w świat Seggelin znany z serwera o tej samej nazwie. Będzie ona prawić o przygodach krasnoluda Gothicusa, który będzie musiał zmierzyć się z mrocznym Zakonem.
"Siły ciemności ponownie wypełzły na światło dzienne. Trzeba kogoś, kto nakopie im tak, że same wrócą do czeluści piekieł." ~ Randalf, dowódca straży miejskiej w Kuz
Opowiadanie fantasy - Ziarno nienawiści
Ziarno nienawiści
Na zielonych pastwiskach pasło się stado owiec. Wśród nich siedział młody pasterz i z wyraźnym znudzeniem obserwował okolicę. Siedział już tak przeszło z sześć godzin bez przerwy. Przyjemny wiatr i szumienie drzew w pobliskim zagajniku ukołysało owczarza do snu. Obudziło go silne szarpnięcie za ramię. Przestraszony otworzył oczy i zobaczył wieku pochylonego nad nim zakapturzonego mężczyznę w sile. Miał orli nos i surowy wyraz twarzy.
- Wstawaj, kmiotku! - syczał - Wstawaj i prowadź mnie do swojego pana! -
Przelękniony chłopak czując złowrogą aurę wokół nieznajomego ruszył czym prędzej w stronę siedziby swojego lorda. - Witaj o najjaśniejszy lordzie tutejszych ziem - pokłonił się dostojnie mężczyzna o surowej twarzy - Przychodzę do Ciebie z propozycją. Mężczyzna w szacie z kapturem stał pośrodku wielkiej kamiennej sali. Wielkie, bogato zdobione kolumny podtrzymywały strop. Na podłodze złoto i kość słoniowa tworzyły niesamowite obrazy - dzieje przodków tutejszego rodu. Sala tronowa należąca do Lorda Initona Garoma była pełna przepychu a na jej końcu tron. Siedział a nich mężczyzna o łagodnych rysach i znamieniu na lewym policzku .
- Kim jesteś? Powiedz mi - uniósł dłoń w ustalonym geście i strażnicy opuścili salę.
- Jestem Magus. Czarodziej z najwyższej Rady Magów - Uśmiechnął się przybysz.
- Poczułem - powiedział z nutką złośliwości w głosie Initon, po czym wstał i podszedł do niego. Magusowi drgnęła powieka.
- Wina? - pstryknął palcami lord i zaraz z ledwo widocznych drzwi z przodu sali wyszły służące z dzbanami. Czarodziej skinął głową.
Czarodziej i Lord siedzieli w sali biesiadnej i rozmawiali popijając czerwone wino. Wymienili się informacjami ze świata.
Podzielili się poglądami, po czym lord w końcu zapytał
- Tak więc drogi czarodzieju. Jakąż to propozycje chcesz mi złożyć? -
Czarodziej zastanowił się chwilę, uśmiechnął się i zaczął:
- Widzisz oto dobrodzieju, że w kraju źle się dzieje. Trzeba nam zmian! Z północy ciągną dzicy nordowie, a z zachodu przez góry przebijają się cesarskie wojska. Południowe klany elfów Jiahuar i Bef zdradziły! A nasz władca co? Słabego umysłu i ciała. Słabo rządzi. To tchórz jakich mało. Rada Możnowładców, która pod czujnym okiem Najwyższego Sędzi, przeklętego smoka Zughara musi zostać zastąpiona. Najlepiej kimś rozważnym... - mówił przy tym energicznie gestykulując.
- Najlepiej przez magów? - zapytał z sarkazmem Initon. Magus był jednak zbyt pochłonięty swoją mową by to dostrzec.
- Tak! Brawo. Jesteś mądrym i rozsądnym człowiekiem! - rzekł podekscytowany. Lord Garom nie mógł już tego znieść. Wstał błyskawicznym ruchem od stołu. Krzesło na którym siedział upadło z trzaskiem na podłogę.
- Dość! - wrzasnął wściekle - W moim domu! Obrażasz smoka! Ostoję sprawiedliwości! Umiłowanego króla, który trzyma ten kraj w całości!
- Pamiętaj, że jeśli nas nie poprzesz na kolejnym Zjeździe Rady marnie skończysz - syknął zaskoczony Magus - Możemy wszystko... -
Initon poczerwieniał na twarzy. Zacisnął zęby i wyciągnął miecz.
- Ośmielasz się jeszcze mi grozić - przytknął mu ostrze do gardła - Gdyby nie to, że jesteś kimś ważnym plugawcze pociąłbym cię teraz na kawałki! Straż! Wyprowadzić go -
Do sali biesiadnej wpadło parunastu strażników. Dowódca wymienił spojrzenia z lordem. Magus trząsł się ze wściekłości i strachu.
- Nie ośmielisz się tego... - Wycedził czarodziej aż oczy zaszły mu bielmem. Wtedy porwał go jeden ze strażników i wytargał przez dziedziniec. Ten szarpał się wściekły, a gdy próbował rzucić zaklęcie dostał pałką po głowie. Lord Initon z dumnego rodu Garomów wyszedł za nimi aż przed bramę. Rzucony na błoto przez strażników Magus wstał i zaczął się miotać.
- Jak śmiesz?! Mnie! - darł się w histerii - Mnie! Przedstawiciela Zakonu Magów w naszym kraju! Czarodzieja! Pożałujesz tego! Oj, gorzko zapamiętasz ten dzień! -
Strażnicy śmiali się i szydzili z niego. Ludność nie pozostawała bezczynna. Ciskali w niego zepsutymi owocami i warzywami. Wiedzieli, że gdy lord na kogoś się tak wściekł, to nieźle musiał mu zajść za skórę. Wykorzystali więc ten fakt i wyśmiewali przybysza do woli. Magus uciekał aż się kurzyło i tyle go widzieli.
Lord Garom został wezwany przez króla do stolicy. Czytając pergamin nie był zdziwiony. Wiedział, że takie potraktowanie maga wywoła skandal. Do jego samotni weszła żona. Było to piękna, ciemnowłosa dziewczyna o dużych ciemnych oczach. Lekko spiczaste uszy odziedziczyła po swojej elfiej matce. Była córką jednego ze zaczących lordów w królestwie Harban. Od ponad trzech lat była żoną lorda Garoma. Bardzo się kochali. Mieli już dwójkę potomstwa. Małego Harida i Enoefę
- Co czytasz? - zapytała zaglądając mu przez ramie.
- List od króla. Chce się spotkać ze mną w stolicy - odpowiedział całując kobietę w szyję. Zmarszczyła brwi
- To przez tego czarodzieja? Źle się zachował i już. Dostał co mu się należało -
Initon uśmiechnął się zawadiacko.
- Ale nie powinieneś wybuchać gniewem przy każdej negatywnej wzmiance o smokach - dodała karcąco. Mężczyźnie zrobiło się głupio.
- Sama dobrze wiesz, że smoki zapoczątkowały mój, a teraz nasz ród. Zaczęły to wszystko. Pomogły rządzić moim przodkom i wyniosły ich na wysoki próg społeczeństwa - westchnął i oparł się o biurko.
- Jedź do króla, zrób co trzeba i wracaj - poleciła mu.
Stolica. Olbrzymie miasto wzniesione przez najlepszych krasnoludzkich inżynierów i architektów. Najważniejsza, wewnętrzna część, wykuta była w zboczu Gór Czarnych. Wysokie wieże połączone ze sobą w ten sposób tworzyły warownię. Ozdobione były rzeźbami przedstawiającymi smoki. Szeroka, królewska droga prowadziła do głównych wrót pałacu, prosto do Sali Tronowej i Siedziby Rady. Tam właśnie udał się Lord Initon. Jego straż przyboczna szła za nim. Na środku sali tronowej siedział król. Miał długą, siwą brodę. Oczy brązowe i głos wzniosły i dumny. Gdy tylko zobaczył nadchodzącego Initona wstał ze złotego tronu i wyszedł mu naprzeciw. Przywitali się radośnie. Zamienili ze sobą kilka słów po czym Garom jak i władca odesłali swoje straże. Dyskutowali długo na temat sytuacji politycznej w kraju. W końcu król podsumował:
- Czarodzieje nie są zbyt zadowoleni z tego jak potraktowałeś ich posła - mówił - Zachował się nieodpowiednio, to prawda. Wierz mi jednak Initonie gdybym mógł tylko rozwiązać ten spór bez żadnych krzywd, zrobiłbym to. Jednak każdej stronie muszę coś obiecać i każdej stronie coś potrącić za karę. Dlatego proszę Cię abyś teraz prosto ze stolicy, za dwa dni udał się na wyprawę wojenną. Twoja rodzina zostanie otoczona opieką. Wyślemy do nich wiadomość.
- Żeby Cię jednak udobruchać trochę - tutaj starzec zaśmiał się - magowie też dostali po uszach. Każdego z nich wysłałem na pielgrzymkę po kraju. A jacy byli wściekli... - Król mówił i opowiadał tak, jakby dawno już nie miał ku temu okazji.
Lord Initon Garom po wielu zwycięskich bitwach wrócił do domu. Ukochanego domu. Jednak to co zobaczył po powrocie, nie przyniosło ukojenia dla jego serca. Zastał swój dom w gruzach. Zniszczony i doszczętnie spalony. Całe jego miasto przestało istnieć. Stąpając po ruinach zaczął w rozpaczy szukać rodziny. W nocy lord i jego ludzie rozbili obóz tuż obok lasu niedaleko spalonej siedziby. Rano żołnierze i słudzy nie znaleźli swojego Pana w namiocie.
Wyruszył o świcie. Ruszył w świat szukać rodziny. Pędził do stolicy z nadzieją, że stary poczciwy król wyjaśni mu to wszystko. Wytłumaczy. Codziennie, modlił się o bliskich. O dzieci i żonę. Gdy wpadł na dwór królewski prawie wpół oszalały dowiedział się, że król nie żyje. Sędziwy król umarł, a nad jego truchłem zebrało się stado wygłodniałych ptaków. Garoma wyrzucono za bramy miasta i powiedziano mu, że musi się ukorzyć by nowy władca Czarodziej Sentimulus przyjął go z powrotem w łaskę magów. Pozwolono mu nawet ujrzeć rodzinę ale nie pozwolono mu się do nich zbliżyć. Nawet nie wiedzieli o jego obecności. Długo i gorzko płakał. Pokutował, biczował się przed bramami stolicy, wyśmiewany przez każdego kto obok przechodził. Wył, płakał, szalał. Aż w końcu po roku cierpień, nadszedł czas, na który tak długo czekał. Wyszła do niego procesja poselska. Odświętnie ubrana aby pogłębić go w przekonaniu, że jest jednak nikim wobec czarodziei. Każdy sługa, uczeń, student podchodzili kolejno i uderzali go w twarz. Pod koniec gdy był już mocno posiniaczony ujrzał to, co poruszyło jego serce. Jego dzieci. Zapłakał. Później zobaczył żonę. Ta zmęczona i poobijana, obnażona przed ludźmi. Jej delikatne ciało było całe w siniakach. Initon rzucił się, by jej pomóc, ale przytrzymali go. Byli zbyt silni, a on zbyt słaby. Łkał. Błagał. Prosił. Zza szeregu wyszedł ubrany na czarno kat z wielkim toporem w ręce. Ukochana Initona uśmiechnęła się lekko do niego. Kat opuścił broń.
Garom wrzasnął. Puścili go. Cała procesja zaczęła z powrotem wchodzić do miasta, zabierając dzieci. Jego własne, rodzone dzieci. Gdy wrota zatrzasnęły się on podczołgał się do ciała kobiety. Kobiety, którą ukochał ponad życie. Uklęknął nad nią i odmówił krótką modlitwę za jej dusze.
Jego najwierniejszy poddany Ogren znalazł go na trakcie królewskim. Niósł na rękach swoją żonę. Orgen wynajął wóz i razem udali się do ruin swojego miasta gdzie pochowali miłość Garoma. Po kilku dniach wędrówki na południe razem z Orgenem Initon zapytał się dlaczego jej ojciec nie ingerował. W odpowiedzi usłyszał: "leżał złożony ciężką chorobą".
Initon, dawniej lord wspaniałego miasta, udał się na pustkowia. Tam miał poświęcić życie refleksji i znaleźć wewnętrzny spokój. Dziwnie się tam czuł. Przygnieciony przez smutny krajobraz okolicy cały czas miał wrażenie, że jest obserwowany. Przyzwyczaił się do tego. Jednak wrażenie zostało. Błąkał się tak po pustyni. Głodny. Raz udało mu się utłuc dorodną jaszczurkę, lecz nie miał ognia i był zmuszony jeść surowe mięso. Spragniony. Spijał wodę z kałuż w kamiennych skarpach i wzgórzach. Zmęczony. Cały czas parł przed siebie robiąc postoje tylko w nocy.
Żebrak leżał w piasku. Nie mógł dalej iść. Całe stopy pokryte miał odciskami, a niedożywienie odcisnęło na nim swe piętno. Wspominał dobre czasy. Czasy przepychu i miłości. Zawsze miał wszystkiego pod dostatkiem. Wspomniał swoje dzieci z którymi bawił się po zakończeniu lordowskich obowiązków. Żonę, delikatny kwiat, którą obejmował każdej nocy. To było tysiące lat temu. Czuł się źle. Umierał.
Obudził się z głębokiego snu. Nadal czuł się beznadziejnie ale było mu dobrze. Leżał w łóżku. Był ubrany w białą szatę. Nad sobą widział drewniany sufit podparty belami. Spojrzał w prawo. Zobaczył światło wpadające przez okno. Obok łóżka stał stolik. Na nim leżały naczynia i niedokończone jedzenie. Po lewej zobaczył kominek i wszystko to co często widział w domach swoich poddanych. Stoły, stoliki, krzesła, kuchnia, gary, garnki i kociołki. Pełno było też ziół. Na pułkach pod drewnianymi ścianami było pełno słoiczków. Musiał wyjść i zobaczyć gdzie jest.
Tak też zrobił. Chciał opuścić chatkę, ale przewracał się ze zmęczenia. Jednak stopniowo, podpierając się ścian, wyszedł na zewnątrz. Oślepiło go słońce. Gdy jego oczy przyzwyczaiły się do światła ujrzał studnię, ubity podjazd i małe poletko z rosnącymi na nim roślinami. Na polu pracował jakiś siwy jegomość. Żebrak wziął kija stojącego obok drzwi i powoli podszedł do nieznajomego.
- Nie powinieneś wstawać - mruknął starzec, dalej pieląc grządki - Jesteś osłabiony -
Troska z jaką to powiedział, przypomniała mu o tym co bardzo kochał, ale utracił. Wykrzywił się z bólu.
- Kim jesteś? - zapytał młodzieniec. Stary przestał grzebać motyką w ziemi i wyprostował się.
- Jestem pustelnikiem - odpowiedział podpierając się o narzędzie - Rozejrzyj się wokół. Jesteśmy na Pustkowiach - wskazał ręką wokół. Rzeczywiście. Mała urocza siedziba samotnika znajdowała się w niewielkiej kotlinie.
- Mogę Ci pomóc? - młodzieniec nigdy nie lubił stać bezczynnie.
- Pewnie - odpowiedział starzec uśmiechając się - Teraz pole musi wykarmić nas dwóch -
Minął miesiąc, odkąd Initon, znany kiedyś jako Lord Garom, mieszkał ze starym Pustelnikiem. Tam nasz bohater, młody i zniszczony przez życie, starał się zapomnieć. Pogodzić ze stratą. Jednak nigdy do tego nie doszło. Zawsze przypominał sobie swą bezradność kiedy mordowano jego żonę. Za to nienawidził się najbardziej. Pustelnik opowiadał mu różne przypowieści. Chciał żeby młody mężczyzna, mający jeszcze długie życie przed sobą, z wrócił do społeczności. Jednakże bez skutku. Initon pogrążał się coraz bardziej w wewnętrznych sporach. Zawsze sprawiał wrażenie spokojnego tak żeby Pustelnik, dobry człowiek, się o niego nie martwił. Jednak na samą wzmiankę o przeszłości i stracie zaczynał zachowywać się nerwowo. Pewnego razu pokłócił się ze starcem. Przepełniony złością opuścił oazę i długo maszerował. Stojąc na urwisku dostrzegł jakiś budynek albo raczej wejście do niego. Wielka wyrzeźbiona w skale budowla zbudowana była z piaskowca. Garom wrócił do chatki pustelnika gdyż dostrzegł, że zaczęło się ściemniać.
Następnego dnia zapytał pustelnika o to co znalazł. Ten z początku milczał, zmieniał temat albo po prostu odchodził od młodego mężczyzny żądnego wiedzy. Odpowiedział mu wieczorem następnego dnia. - I tak w końcu byś tam poszedł - zaczął starzec - Lepiej więc niech Cię ostrzegę. To wejście prowadziło kiedyś do świątyni. Świątyni przodków wszystkich ras. Pradawnych. Ci jednak zgubili się i utonęli we własnej pysze. Zapragnęli obalić samych bogów. Źle się to dla nich skończyło. Zostali zabici, a ich dusze skazane na wieczną wędrówkę po ziemi. Możesz ich nawet spotkać. Kryją się pod postacią cieni, mrocznych postaci. Niektórzy z nich nadal pozostali nikczemni. Będą Cię ściągać chłopcze. Będą Cię wzywać.
Garom, który nie miał już nic do stracenia chodził tam coraz częściej. Za każdym razem stawiał krok dalej w stronę wejścia do świątyni. Zawsze kłócił się z samym sobą. Zmagał się ze swoim sumieniem, które ograniczały jego nadmierną ciekawość. Kilka dni potem samotnik zniknął, a Initon wszedł do światyni.
Trzymając w ręku pochodnie rozświetlał prastare chramy. Kolumny obdarte ze złota podpierały kruszący się sufit. Tunele przygnębiały podróżnika. Wydawało mu się, że ściany na niego napierają. Były przepełnione nienawiścią. Szedł tak przez ciemność chyba całą wieczność. Nagle poczuł czyjąś obecność. Tą samą, która obserwowała go gdy był na pustyni.
- Kto tu? - zawołał przestraszony - Odpowiedz! Wiem, że tam jesteś!
Sala była gigantyczna. Podpierały ją grube kolumny, a ich wielkie podstawy tworzyły długie schody. Droga, którą przyszedł Garom była wyłożona marmurowymi blokami. Nie wiedział jakim cudem, może to zobaczyć przy takim mroku, ale był tak zafascynowany widokiem, że się tym nie przejmował. Na środku stali był ceglany, okrągły podest na który wszedł.
- Witaj - powiedział spokojny głos. Initon miał wrażenie, że słyszy chór głosów mówiących naraz. Drgnął ze strachu.
- Nie musisz się nas obawiać. Jesteśmy tu by Ci pomóc - mówiły głosy. Przed żebrakiem wyrosła cienista postać.
- Możemy pomóc Ci zemścić się na ludziach, którzy Cię skrzywdzili - mówili kusząco.
- Nie. Moja żona nie... - próbował bronić się mężczyzna.
- Twoja żona nie żyje... przez Ciebie - powiedzieli przerywając mu. Twoja słabość i bezradność jest przytłaczająca.
Initon zaprzeczał. Napierające postacie i ich wstrętne głosy wściekły go.
- Nie! Nigdy nie postąpię niegodziwie! - krzyknął.
Usiłował uspokoić się lecz to nic nie dawało.
Nagle to uczucie, kiedy stracił żonę wróciło ze zdwojoną siłą.
- Czujesz? - pytali - Jak możesz pozwolić by ten nędznik - pojawił się Magus śmiejący się - żerował na twoim nieszczęściu.
Gdy mroczne postacie wyśmiewały go wybuchł gniewem. Zaczął okładać kijem postacie.
- Dawać mi go! Dawać! Chce zatłuc go na śmierć! Dajcie mi zemstę!!!
- Dostaniesz ją. - odpowiedziały.
sobota, 24 maja 2014
Wolność!
Wolność!
W końcu. Po kilkunastu dniach nieustannych mąk nareszcie wolność. I wejście w dorosłość. Więcej obowiązków, ogarnięcie się i kolejka innych rzeczy, które będą na nas wjeżdżać niczym wagony z krasnoludzkiej kopalni.Tak naprawdę efekt przejściowy z dzieciństwa do dorosłości odbywa się stopniowo. Nie jestem specjalistą ale podejrzewam, że pierwsze przygotowania zaczynają się od małego. Taki jest zresztą obowiązek rodziców aby przygotować swoich potomków do stawienia czoła brutalnemu światu.
Niewielki obowiązki, które zadawali nam rodzice miały na celu delikatne wprowadzanie nas do "rzeczywistości" . Wynieś śmieci, posprzątaj pokój i przypilnuj rodzeństwo. Przykładów można podać mnóstwo.
Świat nie jest jednak ani tak różowy ani idealny. Rodziny potrafią być różne i chociaż nie lubię mówić, że tak jest i będzie i tego nie da się zmienić (ponieważ należy doskonalić świat by umacniać fundamenty na których się on opiera) to zawsze może trafić się jakaś patologia albo po prostu nie dopilnowanie pewnego etapu nauki.
Czas wrócić do hobby!
Tak, tak! Wracam do regularnego pisania opowiadań. Znowu będziecie mieli okazję poznać fragmenty mojego mózgu, które podczas kształtowania się wytworzyły bramę do innych wymiarów. Obiecane opowiadanie w fantastycznej krainie już niedługo!
Niech moc będzie z wami!
piątek, 2 maja 2014
Matura!
Nie zajmuję się ostatnio blogiem gdyż przygotowuję się do matury ;)
Życzę powodzenia wszystkim innym maturzystom! ;)
Po 9 maja wracam do regularnego blogowania ;)
piątek, 18 kwietnia 2014
Sprawa się rypła! Karny Plemnior!
Za niewrzucenie opowiadania wstawiam sobie karnego plemnika przerobionego na Obcego (tak, tego od Ripley)
I na koniec moja ulubiona modelka (kompletnie nie wiem dlaczego... hmmm... zastanówmy się) tak na osłodzenie ;)
Autor: Zbonio - Devianart
I na koniec moja ulubiona modelka (kompletnie nie wiem dlaczego... hmmm... zastanówmy się) tak na osłodzenie ;)
Kate Upton jakby chciał ktoś wiedzieć ;)
Opowiadanie, mam nadzieję, pojawi się w tą niedzielę chociaż są święta więc może być ciężko :D
niedziela, 13 kwietnia 2014
wtorek, 8 kwietnia 2014
Następne opowiadanie (13.04.14)
Coś dla fanów Hobbita, Władcy Pierścieni i Wiedźmina!
(Gry o Tron nie ma bo tam zabija się hurtowo głównych bohaterów)
***
Następne opowiadanie przeniesie nas w świat Seggelin. Będzie ona prawić o przygodach krasnoluda Gothicusa, Bala* osady krasnoludzkiej Karak Nurn, który będzie musiał zmierzyć się ze swoją mroczną przeszłością.
*Bal - przywódca
niedziela, 6 kwietnia 2014
"Ryzyko, bez końca." - I przecinki w niewłaściwych miejscach
"Ryzyko, bez końca"
Przez lodowate pustkowie pełznął mały, żukowaty pojazd. Uzbrojony w gąsienice zmagał się z głębokim śniegiem. Reflektory z trudem przegryzały się przez całun ciemności. Wielka zamieć oblepiała gęsto kadłub. Po godzinie jednostajnej jazdy, łazik dotarł do tunelu wystającego z klifu. Był ledwo widoczny w ciemnościach jednak kierowca z łatwością poradził sobie z jego odnalezieniem. Nie był to w końcu jego pierwszy wyjazd na niegościnną powierzchnię planety.
Załoga pojazdu nie wysiadła jeszcze. Pierwszy Podjazd był zbyt zimny dla człowieka. Pojazd pojechał dalej. Wkrótce zniknął pod skałą. Im głębiej zjeżdżał tym było cieplej. Odgłos zgrzytliwego silnika odbijał się echem od skalnego sklepienia. Gąsienice pojazdu przeszły w tryb zwykły wsuwając "narty".
Po kilku minutach łazik dotarł do grubych, metalowych drzwi. Kierowca skontaktował się z Centralą i wąskie wrota rozwarły się z hukiem. Za nimi znajdował się oświetlony i ciepły korytarz. Kierowca wyłączył reflektory i wjechał do środka. Drzwi wejściowe z powrotem zamknięto. W dodatniej temperaturze śnieg oblepiający karoserię pojazdu zaczął szybko topnieć i odpadać. Drugi Podjazd prowadził prosto do Garażu.
- Spychacz-Jeden, tu Baza - odezwał się strażnik kolonii przez radio - Witajcie z powrotem.
- Baza, tu Spychacz-Jeden. Dziękuję i wjeżdżam do garażu.
- Spychacz-Jeden. Przyjąłem. Zajmijcie stanowisko numer Cztery.
- Wykonuję. Bez odbioru.
Spychacz wjechał do szerokiej sali o kolistym sklepieniu. Zajął przydzielone miejsce i kiedy zgasł silnik, załoga opuściła go. Tupocząc twardym obuwiem o betonową podłogę wyjęli długą skrzynkę z bagażnika i weszli do windy. Jeden z naukowców wybrał piętro Minus Sześć.
- Wciśnij jeszcze Trójkę - polecił czarnowłosy, wysoki mężczyzna - Szef mnie wzywa.
Czarnowłosy miał na imię James Holings i był kapitanem tutejszej placówki badawczej. Każda szanująca się kolonia powinna taką mieć. Hoarnis II była jedną z takowych.
Hoarnis II była położona kilka miliardów lat świetlnych od Układu Słonecznego w tak zwanych Rubieżach. Mimo odległości planeta cieszyła się częstymi odwiedzinami handlarzy. Pod powierzchnią Hoarnis kryły się rozległe pokłady opatium. Ten drogocenny metal był ceniony ze względu na swoje niezwykłe właściwości. W produkcji statków kosmicznych idealnie zastępował wszelkie inne stopy. Roztopione sztaby wystarczyło wlać do odpowiedniej formy.
Pomimo częstego występowania na planetach znanych ludzkości opatium nie należy do tanich surowców. Dużo trudności sprawiało samo dostanie się do złóż. Dla górników podstawowym problemem było drążenie na głębokościach oddalonych o kilometr od powierzchni planety. Inaczej sytuacja miała się na gorących planetach gdzie opatium wystarczyło "wyłowić". Chociaż i w takie kopalnie trzeba było sporo zainwestować na warunki do życia górnikom.
Najtrudniejsza sytuacja była na planetach o łagodnym temperamencie. Najpierw z pomocą satelity o odpowiednim skanerze należało ustalić współrzędne złoża i wybrać to najkorzystniejsze. Później należało wykonać jak najgłębszy odwiert. Z pomocą statku górniczego - Mangusty, wyposażonego w wiertło o długości sześciuset metrów i stu metrów w najszerszym punkcie lądowało się w wyznaczonym miejscu i tam olbrzymia machina rozkładała swoje łapy, które ją stabilizowały. W środku powstałego leju montowano Pierwszą Bazę Przesyłową zajmującą się wywozem śmieci i transportem rudy do hut wybudowanych nieopodal leja. Dodatkowo Pierwsza Baza zajmowała się działaniami niepozwalającymi na osunięcie się wejścia do kopalni. Druga Baza znajdowała się na dnie. Jej zadaniem było poszerzanie i pogłębianie. Druga Baza drążyła szeroki pionowy tunel do złóż, w którym później montowano windę zdolną pomieścić osiem tirów ustawionych obok siebie.
Hoarnis II jest planetą, której powierzchnia pokrywa gruba warstwa śniegu. Klimat jest gwałtowny i nieprzewidywalny. Nieregularnie, co kilka miesięcy rozpoczyna się bardzo silna zamieć. Prędkość wiatru dochodzi do 110 km/h. Z tego powodu nie powstały żadne większe konstrukcje na powierzchni. Koloniści z placówki nazwanej, o ironio, Sommersand wymyślili, że skryją się pod ziemią. Do budowy podziemnego miasteczka nie zostały użyte Mangusty. Wynajęci naukowcy przepowiadali prognozę pogody i w okresie ciszy i spokoju pomiędzy burzami górnicy drążyli twardą skałę. W czasie, kiedy powierzchnia planety stawała się bardzo niegościnna górnicy mieszkali na olbrzymim i przestarzałym frachtowcu "Feniks" dryfującym po orbicie Hoarnis.
Warunki pogodowe wiele razy zaskakiwały kolonistów. Dużo pracowników zamarzło nie zdążywszy dobiec do promów, a niepochowane maszyny górnicze zostały porwane przez wichurę. Często nawet wahadłowce nie były w stanie przebić się przez huragan. W końcu jednak zawziętość kolonistów doprowadziła do sukcesu. Pierwsze piętro zdatne do zamieszkania zostało wykute. Nic teraz nie mogło powstrzymać ekspansji zdobywców. Wysokie koszty budowy miały się wkrótce spłacić. Jednak nie korzystając z Mangust termin dokopania się do pokładów opatium straszliwie wydłużał się w nieskończoność. W końcu kierownik przedsięwzięcia zadecydował, że należy wykonać odwiert. Nie w miejscu kolonii, lecz dwa kilometry dalej. Złoża tam były mniejsze, ale obiecujące. Wystarczyły do spłacenia narastającego kredytu. Niedługo potem kopalnia została otwarta, a cenne opatium masowo wydobywane. Pierwszy transport był bardzo dochodowy. Wykupiono specjalnie zmodyfikowane łaziki do pracy w niskich temperaturach. Rozpoczęto budowę podziemnej kolejki, która miała umożliwić korzystanie z kopalni nawet w czasie burzy śnieżnej.
Wszystko szło dobrze. Do pewnego czasu...
Kilka miesięcy później podczas testowania kolejki podłoże zawaliło się pod pociągiem gdzieś w połowie drogi. Wielka lokomotywa znikła w czarnej, bezkresnej dziurze. Koloniści byli zszokowani. Przywódca natychmiast wysłał tam ekipę badawczą. Okazało się, że pustka kryje w sobie coś niesamowitego. Podziemną dżunglę. Roślinność była bardzo niezwykła w swej odmienności. Większość roślin była czarna, bordowa, bądź ciemnofioletowa. Po godzinie ekipa przestała nadawać komunikaty. Zaniepokojeni dowódcy wysłali tam, uzbrojoną w karabiny, ekipę ratunkową. Znowu utracono kontakt. Burmistrz nakazał, aby wszyscy wycofali się z tunelu. Zamknięto bramę w Środkowej Stacji. Zatrzaśnięto klimatyzację i wyłączono ogrzewanie. Na stacji została mała ekipa mająca zabezpieczyć pomieszczenia przed zimnem. Ostatnia działająca kamera z noktowizją ukazała im jak jeden przerażony milicjant wybiegł z dziury. Coś na niego naskoczyło i bardzo szybko uśmierciło. Przerażeni konserwatorzy bardzo szybko opuścili Środkową Stację.
Stacja Docelowa znajdująca się najbliżej kolonii również zawarła wrota.
Opowieści przyniesione przez ostatnią ekipę zostały uciszone. Nikt nie chciał paniki i masowej ucieczki górników. Zbyt wiele zainwestowano w projekt, aby go teraz przerwać. Cisza trwała przez rok. Aż do teraz.
James Holings wysiadł z windy i udał się przez opuszczony korytarz do biura administracji. Było cicho gdyż większość kolonistów zajmowało się grzybnią. Reszta prowadziła konserwację generatorów i kaloryferów rozmieszczonych gęsto po całym Sommersand. Stanął przed drzwiami o numerze A-1. Skaner odczytał rysy jego twarzy i wpuścił do środka.
- Witam, panie Holings - odezwał się kobiecy głos Sztucznej Inteligencji - Pan Forssen oczekuje pana w swoim biurze.
James'a poraził przepych biura. Przez chwilę zastanawiał się czy to nie zwykły hologram, iluzja. Wiśniowe biurko. Pełno półek z książkami, w dzisiejszych czasach będących reliktem przeszłości i stanowiących dla kolekcjonerów niezwykłą wartość.
Młody mężczyzna był obrzydzony tym, pełnym przepychu, widokiem. Większość górników ledwo ciułała na chleb.
Za biurkiem siedział porządnie zbudowany mężczyzna o kwadratowej i raczej nieeleganckiej twarzy. Wstał od razu, kiedy Holings przekroczył próg i przywitał się uściśnięciem dłoni. Miał na sobie staromodny garnitur. Turkusowy krawat szczególnie irytował kapitana ekipy badawczej.
- Whiskey? - zaproponował burmistrz o twarzy przestępcy.
- Nie, dziękuję - odpowiedział grzecznie Holings, po czym zapytał: - O co chodzi?
Forssen wskazał fotel i poprosił żeby jego gość usiadł. James usłuchał. Elegant zatarł ręce jakby z zimna, chociaż w biurze nie było wcale chłodno, i spojrzał poważnie na kapitana.
- Sytuacja jest bardzo kiepska.
- To znaczy?
Forssen poptarzył na James'a z nieukrywaną irytacją.
- To znaczy, że jeśli prognozy, które przynosisz są kiepskie to nasza sytuacja jest bardziej niż zła. Rzekłbym, że jest do dupy.
- Po co od razu ten pesymizm? - James chciał podrażnić się z burmistrzem.
- Czyli pogoda wkrótce się zmieni? - zabrzmiała nutka nadziei w głosie Forssena.
- Nie - odpowiedział krótko Holings obserwując z satysfakcją jak elegant czerwieni się ze złości.
Po chwili buraczana czerwień rozpłynęła się na twarzy burmistrza ustępując lekko różowej barwie.
- To nie mamy wyboru - podsumował kiwając głową - Należy otworzyć kolejkę.
James popatrzył na Forssena nie rozumiejąc.
- Nie patrz się tak jakbyś pierwszy raz złapał się za stojącą kuśkę - burknął gniewnie elegant - Nasze zapasy paliwa gwałtownie się kurczą. Nie dostaniemy żadnego wsparcia od rządu. Zapomniałeś? Jesteśmy niezależną firmą.
Holings skinął głową, że rozumie.
- Jeśli zamieć będzie utrzymywać się dalej... Kupcy przestali się tu kręcić gdyż poznali prognozy. Doskonale zdają sobie sprawę, że żaden wahadłowiec nie oderwie się od ziemi w czasie burzy. Żaden rozsądny kapitan nie wyląduje frachtowcem. Zresztą nie ma nawet na czym. Lądowisko było nieodśnieżane i tylko ta całą grupa najemników... jak im tam było?
- "Szkarłatne Wyżły" bodajże.
- No. Właśnie. Kapitan zaryzykował i wylądował w czasie tej zimnicy. Teraz pluje sobie w brodę.
- W ogóle skąd oni się tu wzięli? Co ich skłoniło żeby tak narażać okręt?
- Skąd mam wiedzieć? - odparł Forssen poirytowany - Latają tu i ówdzie pobić się dla kasy. A przecież w Rubieżach nie ma się z kim bić. Piraci preferują atakować statki niż kolonie. Najmniejszych się atakować nie opłaca, a największe mają systemy obronne.
James miał nieodparte wrażenie, że burmistrz kłamie. Nie skomentował tego jednak tylko zmienił temat.
- Co z tym tunelem?
- Ty i twoja drużyna, razem z milicją i najemnikami macie za zadanie naprawić tory.
- Czyli co? Mamy otworzyć Bramy? Wiesz doskonale, co tam się wtedy stało.
- Wiem, ale nie mamy wyboru. Znaczy mamy. Albo zamarznąć albo działać. Wybieram to drugie.
- Narazisz ludzi...
- Narażę całą kolonię jak nic nie zrobię - Forssen nie ustąpił - Ciesz się, że pomyślałem o tym żeby dać twojej grupie możliwość zbadania obcych. Kiedy wy będziecie biegać z próbówkami, najemnicy zabezpieczą teren, a inżynierowie zaleją dziurę betonem i naprawią szyny.
- Cieszę się niezmiernie - odpowiedział Holings wstając.
Drużynę prowadziły cztery czteronożne mechy najemników. Uzbrojone w wiertła, spawacze oraz miotacze ognia miały stanowić trzon ekspedycji. Grupie przewodziła pani weteran, pułkownik Agma Duelfist. Blondynka i szerokiej twarzy i surowym spojrzeniu wydawała komendy warkliwym tonem.
Po kwadransie szybkiego marszu ekspedycja dotarła do Środkowej Stacji. Było czysto. Gdyby nie szron, który wszystko pokrywał stację można było uznać za nienaruszoną od czasu ewakuacji.
Grupa milicjantów zajęła się uruchamianiem generatorów. Rozbłysły niebieskie halogenowe światła. Obrazy kamer nie pokazywały mętną poświatę zewnętrznego świata. Coś musiało oblepić soczewki.
Mechy ustawiły się parami, przodem do wrót. Nie włączono wentylacji toteż było bardzo duszno. Szczęśliwie kombinezony były wyposażone w odpowiednią mieszankę powietrza.
Wrota zostały otwarte. Stare, nienaoliwione mechanizmy zaskrzypiały dziko. Nagle spomiędzy rozjeżdżających się metalowych płyt zaczął lecieć zielonkawy płyn.
Kilku robotników westchnęło głośno. Pani pułkownik kazała pilotom mechów otworzyć ogień. Szeroki strumień gorąca wystrzelił z miotaczy ognia paląc napotkaną ciecz. Para unosiła się gęsto.W powietrzu można było poczuć nieprzyjemny zapach.
- Przerwać ostrzał - szczeknęła oficer i spojrzała na James'a - Pańska drużyna przodem.
Holings skinął głową, spojrzał na naukowców.
- Słyszeliście. Bierzmy się do roboty. Z każdego okazu bierzcie po trzy próbki.
Ludzie ubrani w białe kombinezony wyszli przed maszyny kroczące. Ujrzeli symetrycznie wykutą skałę pokrytą czarnym kożuchem czarnego mchu i czegoś co przypominało pleśń. Czym prędzej wyjęli próbki i zaczęli zbierać wszystko co uznali za najważniejsze.
James Holings spojrzał w ciemność tunelu. Światło reflektorów wcale nie rozjaśniało terenu. Było pożerane przez obce rośliny. W głębi otchłani było coś jeszcze. Jakaś niewyraźna sylwetka wysokiej i smukłej istoty. Wyjął latarkę i zwiększył jej intensywność. W promieniu światła błysnęły oczy po czym zniknęły. Kapitan poczuł nieprzyjemne mrowienie w okolicy pleców. Czuł jak dostaje gęsiej skórki. Szarpnął nim dreszcz.
- P-powinniśmy wracać... - zająknął się - Drużyna. Wróćcie za bram...
Nagle poczuł ból w okolicy potylicy. Po chwili ustąpił miejsca paraliżowi. James nie mógł się ruszyć. Przed oczami widział małe zjawy światełek. Jego głowa oparła się niewygodnie o ścianę tunelu. Zwalił się na ziemię. Dusił się. Zobaczył ciemność...
poniedziałek, 31 marca 2014
"Nie ma to jak ścigacz" - Opowiadanie na konkurs
NIE MA TO JAK ŚCIGACZ
Przez rozległą, płaską, kamienistą pustynię
przesuwała się beżowo szara chmura kurzu. Na jej czele pędził ścigacz z krępym
jegomościem w siodle. Jego długa, kruczoczarna broda trzepotała na wietrze.
Nieznajomy wędrowiec przetarł swoją lewą dłonią zakurzone okulary. Prawa ręka
metalicznie lśniła w słońcu. Była zaawansowaną protezą doskonale przystosowaną
do potrzeb użytkownika (przynajmniej według producenta). Od dłoni do łokcia
była skonstruowana ze sztucznego tworzywa.
Motocyklista rozejrzał się po okolicy.
Sucho, gorąco i pusto. Na wszystkich przodków, jak on nie znosił Zachodnich
Granic! Nawet diabeł nie chciałby tutaj mieszkać, a co dopiero organiczne
istoty. Zatrzymał się na chwilę i wypił izotoniczny napój ze swojej manierki
ukrytej w bagażniku pojazdu. Mruczał wściekle, przeklinając skwar i sączył
napój. Zrzęda miał na imię Gambir. Pochodził z surowego, karlego ludu
zamieszkującego Wyżyny Readista. Mimo, iż jest ich przedstawicielem to
całkowicie do nich nie pasował. Zamiast rudych włosów miał czarne, a nos długi i
zgrabny, podczas gdy jego współbracia mieli wielkie, grube kichawy
przypominające soczyste rzodkiewki. Już na pewno zachowanie całkowicie nie
pasowało do stereotypowego Readistanina. Chociaż narzekanie zostało wyssane z
mlekiem matki to Gambir był o wiele bardziej wesołym i mniej gburowatym
krasnoludem niż jego bracia.
Gdzieniegdzie wystawały z popękanej ziemi
kępki suchej trawy delikatnie pochylając się w stronę wschodu. Właśnie w tą
samą stronę kierował się krasnolud. Gdy skończył pić wskoczył z powrotem na
ścigacza i ruszył. Spojrzał w niebo. Wysoko na pięknym, granatowym nieboskłonie
rysowały się sylwetki tutejszego ptactwa. Gdyby ryk silnika nie zagłuszał
wszystkiego można by było usłyszeć jak pieją.
Po kilku minutach na horyzoncie pojawił
się jakiś niewyraźny kształt. Kierowca skręcił swój pojazd w tamtym kierunku i
przyspieszył. Okazało się, że jest to kompleks budynków. Pierwszy z nich
był urządzony w stylu miasta przemysłowego Hadjy. Był to pub "Studnia
Życia". Wielki neon oznajmiał, że jest otwarte. Kiedyś, bardzo dawno temu
Gambir był tutaj. Knajpa nazywała się wtedy "Pustynny Melanż" i
według niego nazwa była tak samo kiepska jak ówczesny właściciel.
Co do nowej nazwy to bardzo pomysłowe,
mruknął sam do siebie brodacz przyglądając się wielkiemu szablonowi na płaskim
dachu. Niecałe pięćdziesiąt metrów dalej stała wielka aparatura zaopatrująca w
wodę pozostałe budynki. Niewiele się zmieniło, skwitował Gambir w myślach i
wjechał do garażu dla gości. Zaparkował w pierwszym lepszym miejscu. Wyłączył
napęd rakietowy. Powoli zmniejszał siłę generatorów anty-grawitacyjnych aż jego
ścigacz opadł całkowicie na ziemię. Maszyna westchnęła, kiedy wyciągnął z niej
klucz. Zeskoczył z niej i przeciągnął się tak, że strzeliły mu stawy.
- Nie martw się maleńka - niski mężczyzna
poklepał czule maszynę po siedzeniu - Tatuś załatwi parę spraw i wracamy do
domu.
Większość miejsc parkingowych była wolna. Były tylko dwa pustynne motocykle oraz jeep.
Oznaczenia tego samochodu były znajome. Wóz zdecydowanie należał do Nathana, co
oznaczało, że już jest na miejscu. To dobrze.
Brodaty mężczyzna wyszedł z chłodnego
pomieszczenia prosto w palące płuca, gorące powietrze. Siarczyście zaklął i narzekając na
pustynne warunki poprawił skórzany pasek od spodni. Kolba z rewolwerem 20 mm
zastukała o plastykowe elementy kombinezonu. Dla pewności sprawdził czy broń
jest naładowana. Tylko trzy naboje. W razie kłopotów resztę będzie musiał wykończyć napastników własnoręcznie. Splunął niezadowolony. Nie lubił brudzić sobie rąk. Otworzył
drzwi do pubu. Kroczył powoli, dokładnie lustrując wygląd pomieszczenia.
Kilkanaście tanich stolików. Równie tanie
krzesełka. Lada pokryta imitacją drewna. Półki pełne najróżniejszych alkoholi.
Przy dokładniejszym przeszukaniu znalazłoby się kilka trunków z rodzinnych stron
Gambira. Dalej stał wysokiej jakości telewizor. Zdziwił się trochę widząc taką
rozrzutność gospodarza. Pudło działał i aktualnie nadawało przemowę jakiegoś polityka,
którego kompletnie nie kojarzył. Prawie się przewrócił, kiedy zobaczył
najbardziej przerażający widok w całym swoim życiu. Paskudny barman wyrósł chyba
z pod ziemi.
- Witam - zachrypiało coś, co kiedyś być
może przypominało człowieka - Czym mogę służyć?
Gambirowi bardzo nie podobało się jak na
niego patrzył. Tutaj nawet nie chodziło o to, że patrzył się na niego góry. Był bardzo
niski tak jak większość jego ludu. Ledwo wystawał zza lady, która dorosłemu
człowiekowi sięgałaby do pasa. W oczach barmana ukrywały się złowrogie
iskierki. Gambir znał się na ludziach i innych istotach myślących i potrafił poznać,
kiedy ktoś jest skrajnie pozbawiony skrupułów. Chyba jednak poprzedni
właściciel był lepszy. Przynajmniej nie wyglądał tak ohydnie, podsumował
gorzko. Ale skurwysynem był takim samym.
- Poproszę... - karzeł zastanowił się czy
ten obleśny brzydal nie dosypie mu czegoś do napoju - ...whisky. Podwójną.
Barman skinął głową i zajął się
zamówieniem. Tymczasem on przyjrzał się dwójce innych gości, którzy siedzieli w
najdalszym kącie jadalni. Wydawało się, że nic nie mówili, ale wyjątkowo czuły
słuch naszego podróżnika usłyszał szepty. Byli podnieceni dostaniem się do jakiejś
wyjątkowej grupy. Pierwszy był ogolony na łyso, drugi zaś miał twarz całą w
bliznach. Gambir węszył kłopoty, ale póki co nie zwrócili na niego
najmniejszej uwagi. Stuknięcie szklanki wybiło go z zamyślenia. Sięgnął po
alkohol. Długo przyglądał się ciemnemu płynowi szukając jakichkolwiek oznak
trucizny. Barman, w tym czasie, gdzieś sobie polazł. I dobrze, odetchnął Gambir z
wyraźną ulgą.
Po kilkunastu minutach cichociemna dwójka
zaszła karła od tyłu. Ten usłyszał tylko metaliczny dźwięk wysuwającego się
noża. Błyskawicznie dobył rewolweru i obrócił się w stronę napastników.
- Nawet nie próbuj - warknął Gambir przez
zaciśnięte zęby celując w łysego dryblasa z wyciągniętym ostrzem - Bo obiecuję,
że Cię stara nie pozna.
Z telewizora dobiegły dźwięki oklasków i
gwizdów. Przemowa polityka doszła do momentu kulminacyjnego.
Żyjemy wśród wielu ras. Razem żyjemy w
pokoju i tolerancji! Ale wśród nas zalęgło się robactwo!
Przeciwnik zaśmiał się okrutnie. Jego
głowa w kilka sekund została otoczona przez samo-składający się hełm. Drugi
uczynił podobnie. Rzucili się na krasnala. Ten nie czekając zeskoczył z
wysokiego krzesełka i wystrzelił do tego, który był najbliżej. Pocisk odbił się
od jasnego pancerza zaledwie pozostawiając rysę. Sukinkoty mają najnowsze
zbroje!
Robactwo, które drąży podstawy naszej
społeczności! Pasożyty, o których mówię to rasiści!
Gambir złapał za krzesło i uderzył w
szarżującego nań przeciwnika. Bandyta poleciał gwałtownie do tyłu. Ma się tą
siłę w łapie, pomyślał zadowolony szczerząc zęby w uśmiechu. Uchylił się przed
prawym sierpowym drugiego napastnika, który nagle doskoczył do niego. Odrzucił
zepsute krzesło i zamachnął się swoją żelazną dłonią w stronę opancerzonej
głowy człowieka. Metal zachrzęścił o metal.
Łączą się w grupy, często nawet legalne! Podjudzają
ludzi przeciwko innym rasom! Burzą pokój i porządek! Więc mówię wam: Sprzeciwmy
się nietolerancji! Powiedzmy koniec legalnemu uciskowi nieludziom! Od teraz niech nikt nie podnosi ręki na przedstawiciela innej rasy. Jesteśmy braćmi i powinniśmy żyć w pokoju jak do tej pory!
Bandyta padł plackiem na ziemię. Gambir
nie mógł dostrzec czy jest on tylko ogłuszony, czy zabity. Pierwszy bandyta zerwał się na
równe nogi, złapał stolik i cisnął nim w krasnala. Ten odskoczył. Nie zdołał uniknąć pocisku, który trafił go w ramię. Zasyczał z bólu. Nie ma z
nimi szans nawet, jeżeli teraz walka jest wyrównana. To tylko kwestia czasu,
kiedy się zmęczy. Wrzucił szybko pistolet do kolby i czym prędzej wybiegł z
pubu. Dobiegły go jeszcze słowa polityka:
Niech rasistowskie
szumowiny udławią się swoimi przekleństwami.
Mimo stosunkowo krótkich nóg krasnolud pędził
jak burza. Usłyszał za sobą tłuczone szkło i niezrozumiałe wrzaski. Gambir
mimowolnie przyspieszył. Wpadł do garażu. Jeep Nathana nadal stał, ale jego
samego nigdzie nie było widać. Nigdy go nie ma jak go potrzeba, fuknął Gambir rozeźlony. Doskoczył do swojego ścigacza i pospiesznie wyciągnął klucz
z kieszeni. Uruchomił go wsadzając elektroniczne urządzenie do stacyjki i
przekręcając je dwukrotnie.
- Dalej maleńka - szeptał niecierpliwie
do rozgrzewającej się maszyny - Daleeej!
Silnik motocykla w pełni zaskoczył, kiedy
krasnolud szarpnął za sprzęgło. Gwałtownie zwiększył obroty
generatorów. Pojazd podskoczył i prawie wyrżnął w sufit. Gambir obeznany w swojej maszynie
sprawnie nią pokierował i wyleciał z rykiem na pracującym na maksa napędzie.
Prawie potrącił wbiegającego bandytę, który zabulgotał coś niewyraźnie.
Gambir odjechał już spory kawałek od pubu,
gdyż ten powoli znikał za horyzontem. Zastanowił się, co teraz zrobić.
Podejrzewał, że będą go ścigać. Jakby w odpowiedzi na jego myśli usłyszał za
sobą głośny, mechaniczny warkot. Odwrócił się. Zobaczył jak jego prześladowcy
nadjeżdżają. Szlag by to! Mieli karabiny pulsacyjne. Jednak domyślił się, że
nie będą strzelać. Nie zrobili tego wcześniej, więc pewnie chcą go dorwać
żywcem. Przyspieszył jeszcze bardziej. Oni jednak zbliżali się z każdą chwilą.
Kiedy byli już naprawdę blisko nasz brodacz gwałtownie skręcił w prawo
odbijając się od ziemi, niczym piłeczka, dzięki chwilowemu zwiększeniu poziomu anty-grawitacji.
Zaskoczeni bandyci nie zdążyli nawet zareagować. Rozpędzeni pojechali dalej.
Gambir zyskał kilka sekund przewagi. Jego motocykl miał porządne
przyspieszenie. Ścigacze tamtych należały do rodzaju pustynnych. Projektanci ich pojazdów przedłożyli szybkość nad zwrotność i przyspieszenie. Zanim ponownie
się rozpędzili krasnal był z powrotem przy barze. Ku jego zaskoczeniu, z knajpy
wyskoczył barman z trójbeltówką i strzelił w jego stronę. Nad uchem Gambira ze
świstem przeleciały trzy pociski. Karzeł wściekł się. Dodał gazu i nakierował
się prosto na wstrętnego brzydala. Ten przeładowywał niezręcznie i nerwowo
strzelbę. Gdy zobaczył, że nie zdąży jej nabić uskoczył.
Gambirowi udało się kopnąć go w dupsko. Zrobił to z takim impetem, jakim nie
powstydziłby się rozjuszony koń obecnością weterynarza. Obrzydliwiec poleciał
na twarz i najadł się piachu. Ścigacz krasnoluda wykonał niekontrolowaną beczkę
i zaskoczony Gambir spadł głową na ziemię. Maszyna po kilku przejechanych metrach zawisła
nieruchomo w powietrzu.
Krasnolud leżał ogłuszony twarzą w dół.
Nie mógł się ruszyć. Czuł, że niedługo zabraknie mu powietrza. Przeraziła go
myśl całkowitego paraliżu. Straszliwie rozbolał go kręgosłup na wysokości łopatek. Zacisnął
zęby i wykorzystał całą siłę woli do przewrócenia głowy na bok. Udało się.
Patrzył teraz w stronę knajpy, którą minął. Zobaczył jak barman podnosi się z
ziemi i otrzepuje się z piachu. W Gambirze ponownie rozpłynęła się, niczym lawa, nienawiść. Jak ten pieprzony małpiszon, zasrany rasista… (tutaj nasz bohater
użył całego mnóstwa najwulgarniejszych określeń, jakie był w stanie wymyślić
przy okazji wydając z siebie rozmaite dzikie warknięcia i pomruki, które
przeraziłyby niejednego grubego zwierza) … tutaj podejdzie to będzie wyglądał jeszcze gorzej niż wygląda teraz. A patrząc na tą jego krzywą mordę to chyba już nic nie będzie mogło wyglądać gorzej.
W ten oto sposób Gambir ciskając
niesłyszalne gromy w znienawidzonego właściciela „Studni Życia” powoli wstał z
ziemi podpierając się rękoma. Kiedy zobaczył jak barman idzie w jego stronę, ból
przeszedł mu zupełnie. Nagle zerwał się jakby zupełnie nic mu nie dolegało i
rzucił się cwałem w stronę jego źródła nienawiści. Źródło nienawiści natomiast
szło pewnym korkiem w stronę krasnoluda i z wycelowaną przed siebie strzelbą.
Gdy barman dostrzegł, że nieludź szarżuje na niego zaśmiał się gardłowo. Jego uśmiech
szybko znikł, kiedy dostrzegł piekielną furię w oczach krasnoluda. Wnet
włos zjeżył mu się na głowie. Upuścił broń i zaczął uciekać w
panice. Gambir zaryczał jak niedźwiedź, na co barman przyspieszył.
Tymczasem bandyci wrócili. Zajechali
drogę krasnoludowi.
- Koniec zabawy karle! – szczeknął głośno
rozzłoszczony dryblas celując długą lufą karabinu prosto w czoło dyszącego
Gambira – Teraz nasza kolej na robienie sobie żartów.
Na skroni krasnoluda pojawiła się kropla
potu. Zagryzł nerwowo wargę. Miał jeszcze dwa naboje w magazynku swojego rewolweru.
Miał jednak małą szansę żeby zdążyć im coś zrobić, zanim go rozstrzelają. Wtem
potężny huk zagłuszył dźwięki ścigaczy. Nagle hełm jednego z napastników
rozpadł się, jakby eksplodował i martwy osunął się na ziemię. Drugi ledwie
zdążył unieść karabin i sam padł bezwładnie na ziemię z głośnym trzaskiem.
Krasnolud obrócił się w stronę wybawcy. Nathan stał po żołniersku ze
swoją Słoniową Strzelbą. Był to młodzieniec o blond włosach i kilkudniowym, zbójeckim zaroście.
- Za każdym razem muszę cię ratować –
uśmiechnął się zawadyjacko przewieszając broń przez plecy.
Gambir odetchnął z ulgą. Podszedł do
przyjaciela.
- Gdzieżeś był, głąbie?! – warknął na
niego z udawaną złością – Mogłem zginąć!
Człowiek zaśmiał się i zagwizdał: -
Musiałem załatwić kilka spraw z moją kobietą… -
- Och tak! – obruszył się Gambir
oczekując, że sprowokuje Nathana – Zapamiętam to sobie!
- Kim były te typy? – zaciekawił się
blondyn przypatrując się pancerzom bandytów. Z garażu wyjechał jeep. Prowadziła
kobieta o takim samym kolorze włosów jak Nathan.
- Cholera wie – westchnął krasnolud –
Mają jakiś znak na ramieniu.
- Znak „Wszechwiedzącego”… Należeli do
grupy rasistowskiej.
- To by tłumaczyło, dlaczego zaatakowali
mnie bez powodu…
- Człowiek to głupie bydlę – stwierdził
Nathan ze smutkiem kiwając głową – Zawsze znajdą sobie powód do zaspokajania
swoich zwierzęcych potrzeb.
- Zgadzam się – potaknął głową krasnolud
– Nie tylko oni tacy są… Jedziemy?
- Pewnie – powiedział Nathan – Zabierzmy
im tylko sprzęt. Szkoda, by było gdyby tak zardzewiał na pustyni.
Gambir cmoknął zniesmaczony, ale
ostatecznie przyznał swojemu przyjacielowi rację. Szkoda było to tak tutaj
zostawić. Wrócił po swój motocykl. W tym czasie Nathan i jego dziewczyna
załadowali pustynne ścigacze na pakę. Słońce powoli zachodziło za linie
horyzontu. Podróż w nocy motocyklem jest o wiele bardziej przyjemniejsza niż podróż jeepem. Oj tak. Nie ma to jak
ścigacz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




