KRONIKI SEGGELIN
Złota Moneta
Przedmowa
Przygoda, którą czytacie jest oparta na uniwersum powołanym do życia przez twórców serwera Seggelin - Throka i Linka. Autor tej powieści spędził przyjemnie czas wśród tamtych graczy i przeżył z nimi niesamowite przygody. Ta opowieść jest hołdem i formą podziękowania dla twórców tej rozrywki oraz graczy, którzy współtworzyli ją. Historia kręci się wokół postaci wykreowanej przez autora. Pojawiają się też inne postacie wzorowane na znajomych z forum oraz serwera.
***
Całej ekipie administratorów serwera Seggelin, wszystkim krasnoludom z Karak Nurn
i całej reszcie graczy oraz znajomym z forum składam serdeczne podziękowania.
Jesteście legendarni.
***
Rozdział I
Ucieczka
Nicholaus wracał późnym wieczorem do domu. Żwir ubitej ścieżki chrzęścił pod grubymi podeszwami wysokich, skórzanych butów krasnoluda.
Ten zadowolony nucił wesołą piosenkę i szedł żwawym krokiem w stronę wysokiego świerkowego lasu obrastającego ścieżkę.
Nicholaus wracał z oględzin budowy w Karak Nurn. Budowę tą nadzorował krasnolud Spidi. Był to bardzo pracowity, pomysłowy i odpowiedzialny gnom. Należał do Wielkiej Rady, ich krasnoludzkiej osady. Nicholaus uważał, że to on powinien zostać Balem*.
Był małomówny i odstawał od reszty. Po prostu sam nie wierzę, że został wybrany na przywódcę. Pewnie szczęście albo raczej dotyk obleśnego palucha ironicznego losu sprawił, że stało się tak, a nie inaczej. Ewentualnie miał dobre pomysły. Tak myślę.
Nicholausa z zamyślenia wyrwał odór niemytych nóg. Zmarszczył nos z obrzydzenia. Swoje nogi szorował dzisiaj rano, więc pojawienie się tego przykrego zapachu, było stanowczą podpowiedzią, że coś jest nie tak. Podejrzane, mruknął do siebie. Bogowie mi świadkiem, że to niesamowicie podejrzane.
Nagle z pobliskich krzaków wyskoczyło czternaście zakapturzonych postaci. Otoczyli krasnoluda lecz ten był już przygotowany. Stalowy toporek wyskoczył gwałtownie w powietrze, a Nicholaus pochwycił go szybkim ruchem ręki. Zaskoczeni napastnicy odsunęli się prędko.
- Od któregoś z was wali tak straszliwie, że wyczułbym was na kilometr - rzekł krasnolud, po czym splunął na ziemię i zakręcił młynek wokół siebie.
- No dobra - warknął - Kim jesteście i czego chcecie?
Czekając na odpowiedź, zastanawiał się w jaki sposób tyle osób zmieściło się w małym, obdartym krzaczku.
Spomiędzy napastników wysunęła się, wyższa od nich o głowę, czarna postać. Spod szarego kaptura błysnęły jaskrawe oczy, które przyprawiły Nicholausa o dreszcze.
Postać odezwała się głosem przypominającym tarcie kamienia o kamień.
- Oddaj nam monetę - wycharczał.
- Nie wiem, o czym mówisz, dziwna człeczyno - odpowiedział krasnolud zachowując spokój - Przepuść mnie, a przyrzekam, że odejdziecie żywi.
Ciemna postać wydała z siebie charkliwy dźwięk przypominający duszenie się poprzez zachłyśnięcie. Błyskawicznie zbóje wyciągnęli zakrzywione ostrza i rzucili się na krasnoluda.
Toporek zakręcił się gwałtownie i wytrącił z rąk kilka sztyletów. Bandyci odskoczyli zaskoczeni widząc niezwykłą zręczność krępego jegomościa. Nicholaus wykorzystał to i zaszarżował prosto na czarną postać. Ryknął, a kiedy jego ostrze miało już przeciąć napastnika ten zniknął. Krasnolud zachwiał się wytrącony z równowagi. Zabójcy widząc szansę na szybkie pokonanie przeciwnika, rzucili się na niego. Nicholaus uchylił się przed sztyletem nadlatującym z lewej, odbił sparował uderzenie trzech sztyletów z prawej i kopnął jednego ze zbójów w klejnoty rodzinne. Przeciwnik zawył i złapał się za krocze. Nicholaus pięknym, lewym sierpowym zakończył jego cierpienia.
Nie zapomniał o innych. Odwrócił się w samą porę, aby odbić nadlatujące sztylety. Przeciwnicy bardzo szybko się uczyli. Jeden ze sztyletów znalazł puste miejsce w obronie krasnoluda i ugodził go między żebra. Krasnolud zakręcił młynek odganiając napastników. Ci, którzy nie zdążyli skończyli z rozciętymi rękoma, ramionami i brzuchami.
Nicholaus oddychał szybko. Zdawał sobie sprawę, że mają przewagę liczebną. Ale trafili na złego krasnoluda. Bowiem on był zaprawiony w wielu bojach. Nie takie jatki przeżył. Rozejrzał się wokoło. Zostało ośmiu. Reszta leżała martwa lub ranna.
Wkrótce zabójcy ruszyli na krasnoluda ze zdwojoną energią. Krasnolud poczekał na odpowiednią chwilę. Sekundę przed tym, jak sztylety miały wbić się w niego ze wszystkich stron, Nicholaus kucnął. Przeciwnicy wpadli na siebie, raniąc się wzajemnie. Krasnolud zaczął bić i ranić stłoczonych wrogów.
Po chwili Nicholaus wyszedł spod ciał. Trzech pozostałych przy życiu zabójców uciekało kulejąc i podpierając się nawzajem.
- I żebym was tu widział ostatni raz! - pogroził im toporkiem. Słysząc to przyspieszyli kroku i zniknęli wśród drzew.
Kiedy adrenalina opadła, Nicholaus poczuł ból w boku. Złapał ręką ze to miejsce. Mokre. Nie musiał patrzeć żeby wiedzieć, że jest to krew.
- Kurwie syny - wysyczał i splunął. Popatrzył na zniszczoną kurtkę uszytą na zamówienie w Siedmiogrodzie i splunął ponownie.
Obejrzał zwłoki. Zielone kamizelki napastników zbroczone były teraz krwią. Podszedł do rannego zabójcy. Młody mężczyzna odrzucił kaptur. Trząsł się jak w febrze, patrząc na kikut swojej dłoni.
Krasnolud przykucnął obok niego. Ten rzucił mu wrogie spojrzenie połączone ze strachem.
- Jeśli masz się nade mną znęcać, to zabij mnie od razu - wyrzucił z siebie dygocząc.
- Spokojnie - powiedział Krasnolud.
Nicholaus Gothicus był starej daty. Jego ród nigdy nie pozwolił rannemu się wykrwawić. Nieprzyjaciele zawsze dostawali drugą szansę (no może prócz goblinów). Pewnie dlatego zostali wybici.
Pomógł człowiekowi zatamować krwotok. Ranny był blady, co oznaczało, że mocno się wykrwawił. Bacznie go obserwował. Młodzieniec nie był do końca zepsuty przez Zakon. Tak, tak. Nicholaus domyślał się, kto stał za atakiem. Mimo tego zapytał.
- Kim jesteście?
Młodzieniec zacisnął zęby.
- Daj spokój - parsknął krasnolud - Wystarczy, że przyjrzę się trupom twoich, a rozpoznam pracodawcę. Z niejednymi już się spotkałem.
Człowiek patrzył to na krasnoluda, to na swoich martwych towarzyszy.
- Zakon Zabójców... - wymamrotał niepewnie - Na ręce... miałem znak Szkarłatnego Wija.
- Tak jak myślałem - mruknął krasnolud, po czym wstał - Coś Zakon podupadł. I nadal ma tą samą nazwę? Do rzyci taka nazwa, ot co. Sam bym lepszą po pijaku wymyślił.
Niedoszły zabójca patrzył spode łba na krasnala trzymającego się za bok.
- Co się tak gapisz, jakbym Ci matkę zaszlachtował? Straciłeś tylko rękę - krasnolud wytarł ostrze toporka o kaptur trupa - Powiedziałbym, że masz wielkie szczęście. Zawsze mógłbyś stracić życie.
Chłopak nie wyglądał na przekonanego.
- Posłuchaj mojej rady - rzekł krasnolud - Uznaj to za drugą szansę. Straciłeś tatuaż. Nikt nie będzie wiedział, że należysz do osławionego Zakonu, który przed pięćdziesięcioma laty zabił wszystkich władców w tym samym czasie. Naprawdę.
Poklepał chłopaka po ramieniu. Zrobił mu prowizoryczne nosze i razem z nim ruszył w stronę swojego domu.
Po drodze widać było, że młodzieniec dużo rozmyśla. Nicholaus wspierał go ramieniem. Nie był jednak głupi i pod pretekstem założenia opatrunku, przeszukał go. Żadnej broni, ale lepiej być spokojnym. No i oczywiście trzeba było być czujnym, jeśli chłopak chciałby grzebać po kieszeniach, toteż podpierał go od uciętej ręki (lewej znaczy się).
Kiedy byli zaledwie pięć minut drogi od domu Nicholausa, chłopak zaczął mówić.
- Słuchaj... bo w... bo my w twoim domu - wyduszał z siebie - W twoim domu czeka nas więcej. Zasadzka, rozumiesz?
Nicholaus kiwnął głową. Nawet nie musiał wierzyć chłopakowi.
Kiedy doszli na rozstaj nie skręcili w prawo do jego domu, lecz w lewo w kierunku portu.
Kilka długich minut milczenia przerwał człowiek.
- Dlaczego mi zaufałeś?
Krasnolud milczał.
- Mogłem Cię oszukać. Skąd wiesz, że na przykład teraz nie wyskoczy na ciebie zgraja uzbrojonych po zęby zabójców? - drążył dalej.
Krasnolud westchnął głęboko.
- Gdybyście mieli to zrobić, zrobilibyście to tam, na drodze. Z nieznanych mi powodów, ktoś podzielił wasze oddziały na grupki.
Spojrzał na bezrękiego.
- Nie wiedzieliście dokładnie, kogo szukać, kiedy tu przybyliście.
***
Nicholaus odstawił chłopaka do tutejszego znachora. Orkowy szaman popatrzył na krasnoluda.
- Wpadł mi pod topór - mówił - Gdy ścinałem drzewo. Jakie to teraz nieszczęścia chodzą po ludziach.
Zaśmiał się z własnego żartu.
Szaman pokiwał głową zrezygnowany.
- Zajmę się chłopakiem - rzekł po obejrzeniu opatrunku - Macie czym zapłacić?
- Chłopak wypracuje sobie zapłatę - zapewnił krasnolud. Prawie się zaśmiał, kiedy zobaczył minę zaskoczonego młodzieńca.
- Mhm... mhm... - mruknął szaman - tylko co on może dla mnie robić? Znasz się na ziołach, chłopcze?
Kręcenie głową.
- Hmm... może umiesz coś z trucizn?
Niepewne kręcenie głową.
- A może jakieś antidotum?
- Tak - chłopak rozpromienił się.
- Hmm... na co?
- Na... katar - odparł.
- Hmm. Aha - mruknął szaman. Spojrzał się na krasnoluda i pokręcił głową.
Nicholaus podszedł do niego. Szaman był o dwie głowy wyższy od krasnala. Pokazał gestem, aby stary ork się schylił, po czym zapytał szeptem.
- Nadal masz te Krakury?
- Mam. Czemu pytasz?
- Z tego co wiem, strasznie cuchną - uniósł porozumiewawczo brwi.
Szaman otworzył szerzej oczy. Po chwili uśmiechnął się, rozumiejąc do czego zmierza krasnolud.
Popatrzyli we dwóch na chłopaka, który spoglądał na nich niepewnie.
- Chłopak się nimi zajmie - przytaknął cicho szaman.
- Miej baczenie na niego - ostrzegł Nicholaus - Dużo przeszedł i nie wiem, co wpadnie mu do głowy.
***
Słońce schowało się za horyzont, kiedy Nicholaus zasiadł za stołem, w zatłoczonej karczmie, razem ze swoimi starymi przyjaciółmi. Tibberan, krasnolud pochodzący z Karak Osiem Szczytów, pił już czwarte piwo. Czarodziej Domigorg, otoczony przez stosy opasłych ksiąg, popijał grzańca z glinianego kubka.
- Napadnięto na mnie - powiedział Nicholaus.
Domigorg znieruchomiał i popatrzył na niego.
- To chyba nie było nic takiego - wzruszył ramionami Tibberan, dopijając piwo - Żyjesz. Jesteś cały i...
Nicholaus wskazał zabandażowane ramię.
- Naj-kurwa-bardziej - syknął - Cudem przeżyłem.
- Och - Tibberan otarł usta rękę i przeczesał brodę palcami - Ilu ich było?
- Czternastu? - zamyślił się - Coś koło tego. A wiesz kto to był? Sam Zakon.
- Jaki zakon? - spytał zaniepokojony Domigorg.
- Zakon Zabójców. Sam wiesz. Ci, co pięćdziesiąt lat temu dokonali przewrotu na całej Valkyrii.
- I nie tylko... - szepnął, jakby do siebie, czarodziej.
- Słucham? - zapytali zdziwieni krasnoludowie.
- Czego od ciebie chcieli? - Domigorg zmarszczył brwi.
- Jakiejś monety - wzruszył ramionami Nicholaus i natychmiast tego pożałował. Rana była świeża i mimo świetnego opatrunku, nadal bolała.
Czarodziej wstał.
- Nicholausie - przemówił stanowczym głosem - Czy jesteś tego pewien?
- Prędzej stępiłby się mój topór - rzucił krasnolud oburzony, badając kciukiem ostrze swojego topora.
- Nicholausie - powiedział czarodziej - Musisz uciekać z Seggelin. Tibberan ma tobie towarzyszyć.
- Co - krzyknęły bezgłośnie oba krasnoludy.
- Zaufajcie mi - Czarodziej zaczął szukać czegoś w stosie swoich książek - Niebezpieczeństwo jest olbrzymie.
- Nie mogę zostawić Karak Nurn! Skoro niebezpieczeństwo jest olbrzymie to... - zaprotestwoał Nicholaus wstając.
- Balu Nicholausie Gothicusie! - Zawołał donośnie Domigorg. Krasnoludowi wydawało się, że urósł.
- Jeśli nie opuścisz Seggelin, to ściągniesz na nie zagładę! Chcesz, żeby do tego doszło?!
Nicholaus tego nie chciał. Milczenie przerwał Tibberan.
- I niby jak mamy uciekać? Konno? - zapytał drwiąco czarodzieja.
Domigorg uspokoił się.
- Nie - odpowiedział - Zaprowadzisz Nicholausa na statek, którym przybyliśmy.
- Zaraz, chwila - Nicholaus wyciągnął przed siebie dłonie w geście stopu.
- Nikt mnie nie będzie nigdzie prowadził. Sam znam drogę.
Domigorg pokręcił głową.
- Wy krasnale...
- Co?! - ryknął Tibberan - Nie jesteśmy krasnalami! Jesteśmy KRASNOLUDAMI! Krasnale to mogą być ogrodowe.
Głośno wrzaski zwróciły uwagę wszystkich w karczmie.
- Idźcie już - ponaglił krasnoludy czarodziej, po czym zwrócił się do gapiów - Skoro już tak patrzycie, to słuchajcie!
***
Miasto płonęło. Gęsty, czarny dym unosił się sponad murów. Tibberan i Nicholaus biegli wzdłuż portowych domów, obserwowani jedynie przez księżyc w pełni. Zewsząd dochodziły odgłosy walki.
Wbiegli do doku, w którym stał dumny, średniej wielkości okręt z dwoma żaglami.
Tibberan wbiegł na pokład i rozkazał kapitanowi odbić od brzegu. Wywiązała się między nimi krótka dysputa o tym, kto jest właściwie dowódcą na tym statku.
Nicholaus wszedł powoli na okręt. Patrzył smutnie w stronę miasta.
- Nadchodzą! - krzyknął majtek. Chwilę potem spadł z hukiem na pokład. Strzała przebiła mu szyję. W pewnym sensie chłopak miał szczęście. Upadek skrócił jego męki.
Nicholaus pobiegł na tył okrętu, gdzie kapitan wrzeszczał na swoich podwładnych. Tibberan stał obok i również wrzeszczał tyle, że na kapitana.
- Zamknij mordę, kurduplu! - ryknął kapitan plując dookoła śliną.
- Sam się zamknij! - Tibberan zawzięcie wymachiwał pięściami, jakby odganiał się od natarczywych much - Kurwa mać! Nazwij mnie jeszcze raz kurduplem, morska hieno!
- Kurduplu, kurduplu, kurduplu! - ryczał niezrażony kapitan.
- Ja Ci dam kurdupla, wodołazie!
Okręt powoli wypływał z portu. Mnóstwo strzał mknęło z ciemności. Większość trafiała w deski, ale niektórym udawało się zranić załogę. Jednak im dalej statek się oddalał, tym mniej strzał go dosięgało, aż w końcu napastnicy zaprzestali strzelać.
Nicholaus dostrzegł jak ciemne sylwetki postaci, uwijają się przy czymś gorączkowo na brzegu.
- Uspokójcie się! - rzekł głośno Nicholaus - I spójrzcie w stronę portu.
Tibberan i kapitan zastygli w groteskowej pozie. Jeden trzymał drugiego za kołnierz. Tylko, że kapitan jako człowiek dość wysoki, musiał się mocno schylić, żeby złapać krasnoluda, a ten mocno wyciągnąć, żeby chwycić za fraki człowieka.
Puścili się, rzucili sobie nienawistne spojrzenia i popatrzyli w stronę portu.
- Coś tam dłubią - stwierdził Tibberan wysilając wzrok.
- Ano - przytaknął kapitan - To są chyba...
Słowa kapitana przerwał głośny plusk. Woda ochlapała, stojących przy barierce bohaterów.
- Balisty! - krzyknął kapitan - Kryć się!
Kolejny pocisk przeleciał im nad głowami i przebił się przez pokład. Trzask drewna zagłuszył okrzyki marynarzy.
- Nie dam im dorwać mojego statku! - Kapitan desperacko kręcił sterem. Gwałtowny skręt sprawił, że kilka pocisków wpadło do wody. Jednak bardzo szybko kolejne pociski uderzyły bardzo celnie.
- Trafili w maszt! - ktoś krzyknął.
- Wytrzymaj, maleńka! - rzucił rozpaczliwie kapitan, zaciskając ręce na sterze - Zgaście wszystkie światła!
Po chwili statek wypłynął poza zasięg balist.
- Uff... - westchnął Nicholaus wychodząc spomiędzy beczek. Otrzepał się z kurzu i nagle zauważył, że zrobiło się ciemniej. Spojrzał na niebo i zobaczył, że nocne niebo zasłoniło gwiazdy. Nad nimi utworzyło się coś w rodzaju oka cyklonu.
- O w mordę... - zaklął i ostatni raz spojrzał na miasto. Wydawało mu się, że na jednej z wież widzi maciupeńką postać, która unosi ręce ku niebiosom.
Zagrzmiało.
- Zanosi się na sztorm - podsumował Nicholaus obserwując nienaturalne, burzowe chmury.
Kapitan popatrzył na niego, po czym popatrzył na załogę, to znowu na niego, po czym spojrzał na Tibberana. Ten rzygał przez poręcz.
- Oooch... jak ja nie cierpię mo... - znowu zwymiotował.
Błyskawica rozdarła niebo. Fale bujały okręt coraz mocniej. Zerwał się dziki wiatr.
- Ściągnąć żagle! - rozkazał kapitan.
Uszkodzony wcześniej maszt nagle pękł. Wielka bela runęła na lewą burtę. Okręt zakołysał się.
- Człowiek za burtą! Człowiek za...
Kolejny grom. I kolejny. Na niebie rozpętało się istne piekło.
Nicholaus potrząsnął Tibberanem.
- Jeśli zostaniemy na tym statku, zginiemy!
Tibberan popatrzył na niego błądzącym wzrokiem.
- Jesteśmy na wodzie! - krzyknął - Gdzie chcesz...?
Nicholaus chlasnął go z liścia w twarz.
- Ogarnij się! - ryknął - Musimy...
Woda uderzyła Bala w twarz i zwaliła krasnoludy z nóg. Nicholaus zerwał się szybko na nogi i złapał oszołomionego Tibberana. Chciał udać się na szalupę. Wtem przypomniało mu się, że Tibberan jest krasnoludem z krwi i kości. Czyli jest normalny, w przeciwieństwie do krasnoludów z Karak Nurn. Chodzi oczywiście o pływanie.
Rozmyślania krasnoluda przerwało potrącenie przez biegnącego marynarza. Nicholaus zobaczył jak wyskakuje za burtę. Chyba przed czymś uciekał. Krasnolud odwrócił się powoli. Zobaczył coś co na zawsze pozostanie w jego pamięci. Olbrzymia masa wody, wysokości kilkudziesięciu metrów, zawisła nad okrętem niczym polujący drapieżca. Nicholaus nie czekając, aż fala rzuci się do natarcia, wyrzucił Tibberana do wody, po czym sam skoczył. Zimna woda wdarła mu się gwałtownie w nozdrza. Otworzył oczy. Szukał Tibberana. Wynurzył się, wziął głęboki oddech i zanurzył jeszcze raz. Niedaleko niego, metr pod wodą, miotał się krasnolud, wypuszczając bąbelki. Broda Tibberana zasłoniła mu twarz.
Tak jak wspomniane zostało wcześniej, krasnoludy z Karak Nurn, oprócz braku lęku do wody, potrafiły w niej pływać.
Nicholaus podpłynął do Tibberana i chciał go złapać. Ten jednak złapał go za twarz i w rozpaczliwej walce o dostęp do powietrza, zaczął wspinać się po Nicholausie.
Oderwał się od niego i spróbował raz jeszcze. Złapał Tibberana w ten sposób, żeby nie dostać ani z kopa, ani w zęby i ostatkiem sił wypłynął z nim na powierzchnię.
Towarzysz Nicholausa zaczął kaszleć i parskać. Ponownie zaczął machać rękoma.
- Przestać! - krzyczał Nicholaus - Utopisz nas!
Tibberan zamarł.
Nicholaus spojrzał w górę i zobaczył jak wielka fala spada im na głowy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz