poniedziałek, 9 czerwca 2014

Kroniki Seggelin - Złota Moneta | Rozdział I - Ucieczka

KRONIKI SEGGELIN

Złota Moneta



Przedmowa

Przygoda, którą czytacie jest oparta na uniwersum powołanym do życia przez twórców serwera Seggelin - Throka i Linka. Autor tej powieści spędził przyjemnie czas wśród tamtych graczy i przeżył z nimi niesamowite przygody. Ta opowieść jest hołdem i formą podziękowania dla twórców tej rozrywki oraz graczy, którzy współtworzyli ją. Historia kręci się wokół postaci wykreowanej przez autora. Pojawiają się też inne postacie wzorowane na znajomych z forum oraz serwera. 


***


Całej ekipie administratorów serwera Seggelin, wszystkim krasnoludom z Karak Nurn
i całej reszcie graczy oraz znajomym z forum składam serdeczne podziękowania.

Jesteście legendarni.


***


Rozdział I
Ucieczka


Nicholaus wracał późnym wieczorem do domu. Żwir ubitej ścieżki chrzęścił pod grubymi podeszwami wysokich, skórzanych butów krasnoluda.
Ten zadowolony nucił wesołą piosenkę i szedł żwawym krokiem w stronę wysokiego świerkowego lasu obrastającego ścieżkę.

Nicholaus wracał z oględzin budowy w Karak Nurn. Budowę tą nadzorował krasnolud Spidi. Był to bardzo pracowity, pomysłowy i odpowiedzialny gnom. Należał do Wielkiej Rady, ich krasnoludzkiej osady. Nicholaus uważał, że to on powinien zostać Balem*.
Był małomówny i odstawał od reszty. Po prostu sam nie wierzę, że został wybrany na przywódcę. Pewnie szczęście albo raczej dotyk obleśnego palucha ironicznego losu sprawił, że stało się tak, a nie inaczej. Ewentualnie miał dobre pomysły. Tak myślę.

Nicholausa z zamyślenia wyrwał odór niemytych nóg. Zmarszczył nos z obrzydzenia. Swoje nogi szorował dzisiaj rano, więc pojawienie się tego przykrego zapachu, było stanowczą podpowiedzią, że coś jest nie tak. Podejrzane, mruknął do siebie. Bogowie mi świadkiem, że to niesamowicie podejrzane.
Nagle z pobliskich krzaków wyskoczyło czternaście zakapturzonych postaci. Otoczyli krasnoluda lecz ten był już przygotowany. Stalowy toporek wyskoczył gwałtownie w powietrze, a Nicholaus pochwycił go szybkim ruchem ręki. Zaskoczeni napastnicy odsunęli się prędko.
- Od któregoś z was wali tak straszliwie, że wyczułbym was na kilometr - rzekł krasnolud, po czym splunął na ziemię i zakręcił młynek wokół siebie.
- No dobra - warknął - Kim jesteście i czego chcecie?
Czekając na odpowiedź, zastanawiał się w jaki sposób tyle osób zmieściło się w małym, obdartym krzaczku.
Spomiędzy napastników wysunęła się, wyższa od nich o głowę, czarna postać. Spod szarego kaptura błysnęły jaskrawe oczy, które przyprawiły Nicholausa o dreszcze.
Postać odezwała się głosem przypominającym tarcie kamienia o kamień.
- Oddaj nam monetę - wycharczał.
- Nie wiem, o czym mówisz, dziwna człeczyno - odpowiedział krasnolud zachowując spokój - Przepuść mnie, a przyrzekam, że odejdziecie żywi.
Ciemna postać wydała z siebie charkliwy dźwięk przypominający duszenie się poprzez zachłyśnięcie. Błyskawicznie zbóje wyciągnęli zakrzywione ostrza i rzucili się na krasnoluda.
Toporek zakręcił się gwałtownie i wytrącił z rąk kilka sztyletów. Bandyci odskoczyli zaskoczeni widząc niezwykłą zręczność krępego jegomościa. Nicholaus wykorzystał to i zaszarżował prosto na czarną postać. Ryknął, a kiedy jego ostrze miało już przeciąć napastnika ten zniknął. Krasnolud zachwiał się wytrącony z równowagi. Zabójcy widząc szansę na szybkie pokonanie przeciwnika, rzucili się na niego. Nicholaus uchylił się przed sztyletem nadlatującym z lewej, odbił sparował uderzenie trzech sztyletów z prawej i kopnął jednego ze zbójów w klejnoty rodzinne. Przeciwnik zawył i złapał się za krocze. Nicholaus pięknym, lewym sierpowym zakończył jego cierpienia.
Nie zapomniał o innych. Odwrócił się w samą porę, aby odbić nadlatujące sztylety. Przeciwnicy bardzo szybko się uczyli. Jeden ze sztyletów znalazł puste miejsce w obronie krasnoluda i ugodził go między żebra. Krasnolud zakręcił młynek odganiając napastników. Ci, którzy nie zdążyli skończyli z rozciętymi rękoma, ramionami i brzuchami.
Nicholaus oddychał szybko. Zdawał sobie sprawę, że mają przewagę liczebną. Ale trafili na złego krasnoluda. Bowiem on był zaprawiony w wielu bojach. Nie takie jatki przeżył. Rozejrzał się wokoło. Zostało ośmiu. Reszta leżała martwa lub ranna.
Wkrótce zabójcy ruszyli na krasnoluda ze zdwojoną energią. Krasnolud poczekał na odpowiednią chwilę. Sekundę przed tym, jak sztylety miały wbić się w niego ze wszystkich stron, Nicholaus kucnął. Przeciwnicy wpadli na siebie, raniąc się wzajemnie. Krasnolud zaczął bić i ranić stłoczonych wrogów.

Po chwili Nicholaus wyszedł spod ciał. Trzech pozostałych przy życiu zabójców uciekało kulejąc i podpierając się nawzajem.
- I żebym was tu widział ostatni raz! - pogroził im toporkiem. Słysząc to przyspieszyli kroku i zniknęli wśród drzew.
Kiedy adrenalina opadła, Nicholaus poczuł ból w boku. Złapał ręką ze to miejsce. Mokre. Nie musiał patrzeć żeby wiedzieć, że jest to krew.
- Kurwie syny - wysyczał i splunął. Popatrzył na zniszczoną kurtkę uszytą na zamówienie w Siedmiogrodzie i splunął ponownie.
Obejrzał zwłoki. Zielone kamizelki napastników zbroczone były teraz krwią. Podszedł do rannego zabójcy. Młody mężczyzna odrzucił kaptur. Trząsł się jak w febrze, patrząc na kikut swojej dłoni.
Krasnolud przykucnął obok niego. Ten rzucił mu wrogie spojrzenie połączone ze strachem.
- Jeśli masz się nade mną znęcać, to zabij mnie od razu - wyrzucił z siebie dygocząc.
- Spokojnie - powiedział Krasnolud.
Nicholaus Gothicus był starej daty. Jego ród nigdy nie pozwolił rannemu się wykrwawić. Nieprzyjaciele zawsze dostawali drugą szansę (no może prócz goblinów). Pewnie dlatego zostali wybici.
Pomógł człowiekowi zatamować krwotok. Ranny był blady, co oznaczało, że mocno się wykrwawił. Bacznie go obserwował. Młodzieniec nie był do końca zepsuty przez Zakon. Tak, tak. Nicholaus domyślał się, kto stał za atakiem. Mimo tego zapytał.
- Kim jesteście?
Młodzieniec zacisnął zęby.
- Daj spokój - parsknął krasnolud - Wystarczy, że przyjrzę się trupom twoich, a rozpoznam pracodawcę. Z niejednymi już się spotkałem.
Człowiek patrzył to na krasnoluda, to na swoich martwych towarzyszy.
- Zakon Zabójców... - wymamrotał niepewnie - Na ręce... miałem znak Szkarłatnego Wija.
- Tak jak myślałem - mruknął krasnolud, po czym wstał - Coś Zakon podupadł. I nadal ma tą samą nazwę? Do rzyci taka nazwa, ot co. Sam bym lepszą po pijaku wymyślił.
Niedoszły zabójca patrzył spode łba na krasnala trzymającego się za bok.
- Co się tak gapisz, jakbym Ci matkę zaszlachtował? Straciłeś tylko rękę - krasnolud wytarł ostrze toporka o kaptur trupa - Powiedziałbym, że masz wielkie szczęście. Zawsze mógłbyś stracić życie.
Chłopak nie wyglądał na przekonanego.
- Posłuchaj mojej rady - rzekł krasnolud - Uznaj to za drugą szansę. Straciłeś tatuaż. Nikt nie będzie wiedział, że należysz do osławionego Zakonu, który przed pięćdziesięcioma laty zabił wszystkich władców w tym samym czasie. Naprawdę.
Poklepał chłopaka po ramieniu. Zrobił mu prowizoryczne nosze i razem z nim ruszył w stronę swojego domu.
Po drodze widać było, że młodzieniec dużo rozmyśla. Nicholaus wspierał go ramieniem. Nie był jednak głupi i pod pretekstem założenia opatrunku, przeszukał go. Żadnej broni, ale lepiej być spokojnym. No i oczywiście trzeba było być czujnym, jeśli chłopak chciałby grzebać po kieszeniach, toteż podpierał go od uciętej ręki (lewej znaczy się).
Kiedy byli zaledwie pięć minut drogi od domu Nicholausa, chłopak zaczął mówić.
- Słuchaj... bo w... bo my w twoim domu - wyduszał z siebie - W twoim domu czeka nas więcej. Zasadzka, rozumiesz?
Nicholaus kiwnął głową. Nawet nie musiał wierzyć chłopakowi.
Kiedy doszli na rozstaj nie skręcili w prawo do jego domu, lecz w lewo w kierunku portu.
Kilka długich minut milczenia przerwał człowiek.
- Dlaczego mi zaufałeś?
Krasnolud milczał.
- Mogłem Cię oszukać. Skąd wiesz, że na przykład teraz nie wyskoczy na ciebie zgraja uzbrojonych po zęby zabójców? - drążył dalej.
Krasnolud westchnął głęboko.
- Gdybyście mieli to zrobić, zrobilibyście to tam, na drodze. Z nieznanych mi powodów, ktoś podzielił wasze oddziały na grupki.
Spojrzał na bezrękiego.
- Nie wiedzieliście dokładnie, kogo szukać, kiedy tu przybyliście.


***


Nicholaus odstawił chłopaka do tutejszego znachora. Orkowy szaman popatrzył na krasnoluda.
- Wpadł mi pod topór - mówił - Gdy ścinałem drzewo. Jakie to teraz nieszczęścia chodzą po ludziach.
Zaśmiał się z własnego żartu.
Szaman pokiwał głową zrezygnowany.
- Zajmę się chłopakiem - rzekł po obejrzeniu opatrunku - Macie czym zapłacić?
- Chłopak wypracuje sobie zapłatę - zapewnił krasnolud. Prawie się zaśmiał, kiedy zobaczył minę zaskoczonego młodzieńca.
- Mhm... mhm... - mruknął szaman - tylko co on może dla mnie robić? Znasz się na ziołach, chłopcze?
Kręcenie głową.
- Hmm... może umiesz coś z trucizn?
Niepewne kręcenie głową.
- A może jakieś antidotum?
- Tak - chłopak rozpromienił się.
- Hmm... na co?
- Na... katar - odparł.
- Hmm. Aha - mruknął szaman. Spojrzał się na krasnoluda i pokręcił głową.
Nicholaus podszedł do niego. Szaman był o dwie głowy wyższy od krasnala. Pokazał gestem, aby stary ork się schylił, po czym zapytał szeptem.
- Nadal masz te Krakury?
- Mam. Czemu pytasz?
- Z tego co wiem, strasznie cuchną - uniósł porozumiewawczo brwi.
Szaman otworzył szerzej oczy. Po chwili uśmiechnął się, rozumiejąc do czego zmierza krasnolud.
Popatrzyli we dwóch na chłopaka, który spoglądał na nich niepewnie.
- Chłopak się nimi zajmie - przytaknął cicho szaman.
- Miej baczenie na niego - ostrzegł Nicholaus - Dużo przeszedł i nie wiem, co wpadnie mu do głowy.


***


Słońce schowało się za horyzont, kiedy Nicholaus zasiadł za stołem, w zatłoczonej karczmie, razem ze swoimi starymi przyjaciółmi. Tibberan, krasnolud pochodzący z Karak Osiem Szczytów, pił już czwarte piwo. Czarodziej Domigorg, otoczony przez stosy opasłych ksiąg, popijał grzańca z glinianego kubka.
- Napadnięto na mnie - powiedział Nicholaus.
Domigorg znieruchomiał i popatrzył na niego.
- To chyba nie było nic takiego - wzruszył ramionami Tibberan, dopijając piwo - Żyjesz. Jesteś cały i...
Nicholaus wskazał zabandażowane ramię.
- Naj-kurwa-bardziej - syknął - Cudem przeżyłem.
- Och - Tibberan otarł usta rękę i przeczesał brodę palcami - Ilu ich było?
- Czternastu? - zamyślił się - Coś koło tego. A wiesz kto to był? Sam Zakon.
- Jaki zakon? - spytał zaniepokojony Domigorg.
- Zakon Zabójców. Sam wiesz. Ci, co pięćdziesiąt lat temu dokonali przewrotu na całej Valkyrii.
- I nie tylko... - szepnął, jakby do siebie, czarodziej.
- Słucham? - zapytali zdziwieni krasnoludowie.
- Czego od ciebie chcieli? - Domigorg zmarszczył brwi.
- Jakiejś monety - wzruszył ramionami Nicholaus i natychmiast tego pożałował. Rana była świeża i mimo świetnego opatrunku, nadal bolała.
Czarodziej wstał.
- Nicholausie - przemówił stanowczym głosem - Czy jesteś tego pewien?
- Prędzej stępiłby się mój topór - rzucił krasnolud oburzony, badając kciukiem ostrze swojego topora.
- Nicholausie - powiedział czarodziej - Musisz uciekać z Seggelin. Tibberan ma tobie towarzyszyć.
- Co - krzyknęły bezgłośnie oba krasnoludy.
- Zaufajcie mi - Czarodziej zaczął szukać czegoś w stosie swoich książek - Niebezpieczeństwo jest olbrzymie.
- Nie mogę zostawić Karak Nurn! Skoro niebezpieczeństwo jest olbrzymie to... - zaprotestwoał Nicholaus wstając.
- Balu Nicholausie Gothicusie! - Zawołał donośnie Domigorg. Krasnoludowi wydawało się, że urósł.
- Jeśli nie opuścisz Seggelin, to ściągniesz na nie zagładę! Chcesz, żeby do tego doszło?!
Nicholaus tego nie chciał. Milczenie przerwał Tibberan.
- I niby jak mamy uciekać? Konno? - zapytał drwiąco czarodzieja.
Domigorg uspokoił się.
- Nie - odpowiedział - Zaprowadzisz Nicholausa na statek, którym przybyliśmy.
- Zaraz, chwila - Nicholaus wyciągnął przed siebie dłonie w geście stopu.
- Nikt mnie nie będzie nigdzie prowadził. Sam znam drogę.
Domigorg pokręcił głową.
- Wy krasnale...
- Co?! - ryknął Tibberan - Nie jesteśmy krasnalami! Jesteśmy KRASNOLUDAMI! Krasnale to mogą być ogrodowe.
Głośno wrzaski zwróciły uwagę wszystkich w karczmie.
- Idźcie już - ponaglił krasnoludy czarodziej, po czym zwrócił się do gapiów - Skoro już tak patrzycie, to słuchajcie!

***

Miasto płonęło. Gęsty, czarny dym unosił się sponad murów. Tibberan i Nicholaus biegli wzdłuż portowych domów, obserwowani jedynie przez księżyc w pełni. Zewsząd dochodziły odgłosy walki.
Wbiegli do doku, w którym stał dumny, średniej wielkości okręt z dwoma żaglami.
Tibberan wbiegł na pokład i rozkazał kapitanowi odbić od brzegu. Wywiązała się między nimi krótka dysputa o tym, kto jest właściwie dowódcą na tym statku.
Nicholaus wszedł powoli na okręt. Patrzył smutnie w stronę miasta.
- Nadchodzą! - krzyknął majtek. Chwilę potem spadł z hukiem na pokład. Strzała przebiła mu szyję. W pewnym sensie chłopak miał szczęście. Upadek skrócił jego męki.
Nicholaus pobiegł na tył okrętu, gdzie kapitan wrzeszczał na swoich podwładnych. Tibberan stał obok i również wrzeszczał tyle, że na kapitana.
- Zamknij mordę, kurduplu! - ryknął kapitan plując dookoła śliną.
- Sam się zamknij! - Tibberan zawzięcie wymachiwał pięściami, jakby odganiał się od natarczywych much - Kurwa mać! Nazwij mnie jeszcze raz kurduplem, morska hieno!
- Kurduplu, kurduplu, kurduplu! - ryczał niezrażony kapitan.
- Ja Ci dam kurdupla, wodołazie!
Okręt powoli wypływał z portu. Mnóstwo strzał mknęło z ciemności. Większość trafiała w deski, ale niektórym udawało się zranić załogę. Jednak im dalej statek się oddalał, tym mniej strzał go dosięgało, aż w końcu napastnicy zaprzestali strzelać.
Nicholaus dostrzegł jak ciemne sylwetki postaci, uwijają się przy czymś gorączkowo na brzegu.
- Uspokójcie się! - rzekł głośno Nicholaus - I spójrzcie w stronę portu.
Tibberan i kapitan zastygli w groteskowej pozie. Jeden trzymał drugiego za kołnierz. Tylko, że kapitan jako człowiek dość wysoki, musiał się mocno schylić, żeby złapać krasnoluda, a ten mocno wyciągnąć, żeby chwycić za fraki człowieka.
Puścili się, rzucili sobie nienawistne spojrzenia i popatrzyli w stronę portu.
- Coś tam dłubią - stwierdził Tibberan wysilając wzrok.
- Ano - przytaknął kapitan - To są chyba...
Słowa kapitana przerwał głośny plusk. Woda ochlapała, stojących przy barierce bohaterów.
- Balisty! - krzyknął kapitan - Kryć się!
Kolejny pocisk przeleciał im nad głowami i przebił się przez pokład. Trzask drewna zagłuszył okrzyki marynarzy.
- Nie dam im dorwać mojego statku! - Kapitan desperacko kręcił sterem. Gwałtowny skręt sprawił, że kilka pocisków wpadło do wody. Jednak bardzo szybko kolejne pociski uderzyły bardzo celnie.
- Trafili w maszt! - ktoś krzyknął.
- Wytrzymaj, maleńka! - rzucił rozpaczliwie kapitan, zaciskając ręce na sterze - Zgaście wszystkie światła!
Po chwili statek wypłynął poza zasięg balist.
- Uff... - westchnął Nicholaus wychodząc spomiędzy beczek. Otrzepał się z kurzu i nagle zauważył, że zrobiło się ciemniej. Spojrzał na niebo i zobaczył, że nocne niebo zasłoniło gwiazdy. Nad nimi utworzyło się coś w rodzaju oka cyklonu.
- O w mordę... - zaklął i ostatni raz spojrzał na miasto. Wydawało mu się, że na jednej z wież widzi maciupeńką postać, która unosi ręce ku niebiosom.
Zagrzmiało.
- Zanosi się na sztorm - podsumował Nicholaus obserwując nienaturalne, burzowe chmury.
Kapitan popatrzył na niego, po czym popatrzył na załogę, to znowu na niego, po czym spojrzał na Tibberana. Ten rzygał przez poręcz.
- Oooch... jak ja nie cierpię mo... - znowu zwymiotował.
Błyskawica rozdarła niebo. Fale bujały okręt coraz mocniej. Zerwał się dziki wiatr.
- Ściągnąć żagle! - rozkazał kapitan.
Uszkodzony wcześniej maszt nagle pękł. Wielka bela runęła na lewą burtę. Okręt zakołysał się.
- Człowiek za burtą! Człowiek za...
Kolejny grom. I kolejny. Na niebie rozpętało się istne piekło.
Nicholaus potrząsnął Tibberanem.
- Jeśli zostaniemy na tym statku, zginiemy!
Tibberan popatrzył na niego błądzącym wzrokiem.
- Jesteśmy na wodzie! - krzyknął - Gdzie chcesz...?
Nicholaus chlasnął go z liścia w twarz.
- Ogarnij się! - ryknął - Musimy...
Woda uderzyła Bala w twarz i zwaliła krasnoludy z nóg. Nicholaus zerwał się szybko na nogi i złapał oszołomionego Tibberana. Chciał udać się na szalupę. Wtem przypomniało mu się, że Tibberan jest krasnoludem z krwi i kości. Czyli jest normalny, w przeciwieństwie do krasnoludów z Karak Nurn. Chodzi oczywiście o pływanie.
Rozmyślania krasnoluda przerwało potrącenie przez biegnącego marynarza. Nicholaus zobaczył jak wyskakuje za burtę. Chyba przed czymś uciekał. Krasnolud odwrócił się powoli. Zobaczył coś co na zawsze pozostanie w jego pamięci. Olbrzymia masa wody, wysokości kilkudziesięciu metrów, zawisła nad okrętem niczym polujący drapieżca. Nicholaus nie czekając, aż fala rzuci się do natarcia, wyrzucił Tibberana do wody, po czym sam skoczył. Zimna woda wdarła mu się gwałtownie w nozdrza. Otworzył oczy. Szukał Tibberana. Wynurzył się, wziął głęboki oddech i zanurzył jeszcze raz. Niedaleko niego, metr pod wodą, miotał się krasnolud, wypuszczając bąbelki. Broda Tibberana zasłoniła mu twarz.
Tak jak wspomniane zostało wcześniej, krasnoludy z Karak Nurn, oprócz braku lęku do wody, potrafiły w niej pływać.
Nicholaus podpłynął do Tibberana i chciał go złapać. Ten jednak złapał go za twarz i w rozpaczliwej walce o dostęp do powietrza, zaczął wspinać się po Nicholausie.
Oderwał się od niego i spróbował raz jeszcze. Złapał Tibberana w ten sposób, żeby nie dostać ani z kopa, ani w zęby i ostatkiem sił wypłynął z nim na powierzchnię.
Towarzysz Nicholausa zaczął kaszleć i parskać. Ponownie zaczął machać rękoma.
- Przestać! - krzyczał Nicholaus - Utopisz nas!
Tibberan zamarł.
Nicholaus spojrzał w górę i zobaczył jak wielka fala spada im na głowy.





wtorek, 3 czerwca 2014

Wielki Powrót. Kroniki Seggelin - Złota Moneta. Powieść fantasy.

Wielki Powrót


~~~@@@~~~

Kroniki Seggelin

Złota moneta


~~~@@@~~~

Coś dla fanów Hobbita, Władcy Pierścieni i Wiedźmina!




Krótki opis:


Powieść przeniesie nas w świat Seggelin znany z serwera o tej samej nazwie. Będzie ona prawić o przygodach krasnoluda Gothicusa, który będzie musiał zmierzyć się z mrocznym Zakonem. 

"Siły ciemności  ponownie wypełzły na światło dzienne. Trzeba kogoś, kto nakopie im tak, że same wrócą do czeluści piekieł." ~ Randalf, dowódca straży miejskiej w Kuz

Opowiadanie fantasy - Ziarno nienawiści

Ziarno nienawiści



 Na zielonych pastwiskach pasło się stado owiec. Wśród nich siedział młody pasterz i z wyraźnym znudzeniem obserwował okolicę. Siedział już tak przeszło z sześć godzin bez przerwy. Przyjemny wiatr i szumienie drzew w pobliskim zagajniku ukołysało owczarza do snu. Obudziło go silne szarpnięcie za ramię. Przestraszony otworzył oczy i zobaczył wieku pochylonego nad nim zakapturzonego mężczyznę w sile. Miał orli nos i surowy wyraz twarzy.
 - Wstawaj, kmiotku! - syczał - Wstawaj i prowadź mnie do swojego pana! -
 Przelękniony chłopak czując złowrogą aurę wokół nieznajomego ruszył czym prędzej w stronę siedziby swojego lorda. - Witaj o najjaśniejszy lordzie tutejszych ziem - pokłonił się dostojnie mężczyzna o surowej twarzy - Przychodzę do Ciebie z propozycją.  Mężczyzna w szacie z kapturem stał pośrodku wielkiej kamiennej sali. Wielkie, bogato zdobione kolumny podtrzymywały strop. Na podłodze złoto i kość słoniowa tworzyły niesamowite obrazy - dzieje przodków tutejszego rodu. Sala tronowa należąca do Lorda Initona Garoma była pełna przepychu a na jej końcu tron. Siedział a nich mężczyzna o łagodnych rysach i znamieniu na lewym policzku .
- Kim jesteś? Powiedz mi - uniósł dłoń w ustalonym geście i strażnicy opuścili salę.
- Jestem Magus. Czarodziej z najwyższej Rady Magów - Uśmiechnął się przybysz.
 - Poczułem - powiedział z nutką złośliwości w głosie Initon, po czym wstał i podszedł do niego. Magusowi drgnęła powieka.
- Wina? - pstryknął palcami lord i zaraz z ledwo widocznych drzwi z przodu sali wyszły służące z dzbanami. Czarodziej skinął głową.

 Czarodziej i Lord siedzieli w sali biesiadnej i rozmawiali popijając czerwone wino. Wymienili się informacjami ze świata.
Podzielili się poglądami, po czym lord w końcu zapytał
 - Tak więc drogi czarodzieju. Jakąż to propozycje chcesz mi złożyć? -
Czarodziej zastanowił się chwilę, uśmiechnął się i zaczął:
- Widzisz oto dobrodzieju, że w kraju źle się dzieje. Trzeba nam zmian! Z północy ciągną dzicy nordowie, a z zachodu przez góry przebijają się cesarskie wojska. Południowe klany elfów Jiahuar i Bef  zdradziły! A nasz władca co? Słabego umysłu i ciała. Słabo rządzi. To tchórz jakich mało. Rada Możnowładców, która pod czujnym okiem Najwyższego Sędzi, przeklętego smoka Zughara musi zostać zastąpiona. Najlepiej kimś rozważnym... - mówił przy tym energicznie gestykulując.
- Najlepiej przez magów? - zapytał z sarkazmem Initon. Magus był jednak zbyt pochłonięty swoją mową by to dostrzec.
- Tak! Brawo. Jesteś mądrym i rozsądnym człowiekiem! - rzekł podekscytowany. Lord Garom nie mógł już tego znieść. Wstał błyskawicznym ruchem od stołu. Krzesło na którym siedział upadło z trzaskiem na podłogę.
- Dość! - wrzasnął wściekle - W moim domu! Obrażasz smoka! Ostoję sprawiedliwości! Umiłowanego króla, który trzyma ten kraj w całości!
- Pamiętaj, że jeśli nas nie poprzesz na kolejnym Zjeździe Rady marnie skończysz - syknął zaskoczony Magus - Możemy wszystko... -
Initon poczerwieniał na twarzy. Zacisnął zęby i wyciągnął miecz.
- Ośmielasz się jeszcze mi grozić - przytknął mu ostrze do gardła - Gdyby nie to, że jesteś kimś ważnym plugawcze pociąłbym cię teraz na kawałki! Straż! Wyprowadzić go -
 Do sali biesiadnej wpadło parunastu strażników. Dowódca wymienił spojrzenia z lordem. Magus trząsł się ze wściekłości i strachu.
- Nie ośmielisz się tego... - Wycedził czarodziej aż oczy zaszły mu bielmem. Wtedy porwał go jeden ze strażników i wytargał przez dziedziniec. Ten szarpał się wściekły, a gdy próbował rzucić zaklęcie dostał pałką po głowie. Lord Initon z dumnego rodu Garomów wyszedł za nimi aż przed bramę. Rzucony na błoto przez strażników Magus wstał i zaczął się miotać.
- Jak śmiesz?! Mnie! - darł się w histerii - Mnie! Przedstawiciela Zakonu Magów w naszym kraju! Czarodzieja! Pożałujesz tego! Oj, gorzko zapamiętasz ten dzień! -
 Strażnicy śmiali się i szydzili z niego. Ludność nie pozostawała bezczynna. Ciskali w niego zepsutymi owocami i warzywami. Wiedzieli, że gdy lord na kogoś się tak wściekł, to nieźle musiał mu zajść za skórę. Wykorzystali więc ten fakt i wyśmiewali przybysza do woli. Magus uciekał aż się kurzyło i tyle go widzieli.

 Lord Garom został wezwany przez króla do stolicy. Czytając pergamin nie był zdziwiony. Wiedział, że takie potraktowanie maga wywoła skandal. Do jego samotni weszła żona. Było to piękna, ciemnowłosa dziewczyna o dużych ciemnych oczach. Lekko spiczaste uszy odziedziczyła po swojej elfiej matce. Była córką jednego ze zaczących lordów w królestwie Harban. Od ponad trzech lat była żoną lorda Garoma. Bardzo się kochali. Mieli już dwójkę potomstwa. Małego Harida i Enoefę
 - Co czytasz? - zapytała zaglądając mu przez ramie.
 - List od króla. Chce się spotkać ze mną w stolicy - odpowiedział całując kobietę w szyję. Zmarszczyła brwi
- To przez tego czarodzieja? Źle się zachował i już. Dostał co mu się należało -
Initon uśmiechnął się zawadiacko.
- Ale nie powinieneś wybuchać gniewem przy każdej negatywnej wzmiance o smokach - dodała karcąco. Mężczyźnie zrobiło się głupio.
- Sama dobrze wiesz, że smoki zapoczątkowały mój, a teraz nasz ród. Zaczęły to wszystko. Pomogły rządzić moim przodkom i wyniosły ich na wysoki próg społeczeństwa - westchnął i oparł się o biurko.
- Jedź do króla, zrób co trzeba i wracaj - poleciła mu.

 Stolica. Olbrzymie miasto wzniesione przez najlepszych krasnoludzkich inżynierów i architektów. Najważniejsza, wewnętrzna część, wykuta była w zboczu Gór Czarnych. Wysokie wieże połączone ze sobą w ten sposób tworzyły warownię. Ozdobione były rzeźbami przedstawiającymi smoki. Szeroka, królewska droga prowadziła do głównych wrót pałacu, prosto do Sali Tronowej i Siedziby Rady. Tam właśnie udał się Lord Initon. Jego straż przyboczna szła za nim. Na środku sali tronowej siedział król. Miał długą, siwą brodę. Oczy brązowe i głos wzniosły i dumny. Gdy tylko zobaczył nadchodzącego Initona wstał ze złotego tronu i wyszedł mu naprzeciw. Przywitali się radośnie. Zamienili ze sobą kilka słów po czym Garom jak i władca odesłali swoje straże. Dyskutowali długo na temat sytuacji politycznej w kraju. W końcu król podsumował:
- Czarodzieje nie są zbyt zadowoleni z tego jak potraktowałeś ich posła - mówił - Zachował się nieodpowiednio, to prawda. Wierz mi jednak Initonie gdybym mógł tylko rozwiązać ten spór bez żadnych krzywd, zrobiłbym to. Jednak każdej stronie muszę coś obiecać i każdej stronie coś potrącić za karę. Dlatego proszę Cię abyś teraz prosto ze stolicy, za dwa dni udał się na wyprawę wojenną. Twoja rodzina zostanie otoczona opieką. Wyślemy do nich wiadomość.
- Żeby Cię jednak udobruchać trochę - tutaj starzec zaśmiał się - magowie też dostali po uszach. Każdego z nich wysłałem na pielgrzymkę po kraju. A jacy byli wściekli... - Król mówił i opowiadał tak, jakby dawno już nie miał ku temu okazji.

 Lord Initon Garom po wielu zwycięskich bitwach wrócił do domu. Ukochanego domu. Jednak to co zobaczył po powrocie, nie przyniosło ukojenia dla jego serca. Zastał swój dom w gruzach. Zniszczony i doszczętnie spalony. Całe jego miasto przestało istnieć.  Stąpając po ruinach zaczął w rozpaczy szukać rodziny. W nocy lord i jego ludzie rozbili obóz tuż obok lasu niedaleko spalonej siedziby.  Rano żołnierze i słudzy nie znaleźli swojego Pana w namiocie.

 Wyruszył o świcie. Ruszył w świat szukać rodziny. Pędził do stolicy z nadzieją, że stary poczciwy król wyjaśni mu to wszystko. Wytłumaczy. Codziennie, modlił się o bliskich. O dzieci i żonę. Gdy wpadł na dwór królewski prawie wpół oszalały dowiedział się, że król nie żyje. Sędziwy król umarł, a nad jego truchłem zebrało się stado wygłodniałych ptaków. Garoma wyrzucono za bramy miasta i powiedziano mu, że musi się ukorzyć by nowy władca Czarodziej Sentimulus przyjął go z powrotem w łaskę magów. Pozwolono mu nawet ujrzeć rodzinę ale nie pozwolono mu się do nich zbliżyć. Nawet nie wiedzieli o jego obecności. Długo i gorzko płakał. Pokutował, biczował się przed bramami stolicy, wyśmiewany przez każdego kto obok przechodził. Wył, płakał, szalał. Aż w końcu po roku cierpień, nadszedł czas, na który tak długo czekał. Wyszła do niego procesja poselska. Odświętnie ubrana aby pogłębić go w przekonaniu, że jest jednak nikim wobec czarodziei. Każdy sługa, uczeń, student podchodzili kolejno i uderzali go w twarz. Pod koniec gdy był już mocno posiniaczony ujrzał to, co poruszyło jego serce. Jego dzieci. Zapłakał. Później zobaczył żonę. Ta zmęczona i poobijana, obnażona przed ludźmi. Jej delikatne ciało było całe w siniakach. Initon rzucił się, by jej pomóc, ale przytrzymali go. Byli zbyt silni, a on zbyt słaby. Łkał. Błagał. Prosił. Zza szeregu wyszedł ubrany na czarno kat z wielkim toporem w ręce. Ukochana Initona uśmiechnęła się lekko do niego. Kat opuścił broń.

 Garom wrzasnął. Puścili go. Cała procesja zaczęła z powrotem wchodzić do miasta, zabierając dzieci. Jego własne, rodzone dzieci. Gdy wrota zatrzasnęły się on podczołgał się do ciała kobiety. Kobiety, którą ukochał ponad życie. Uklęknął nad nią i odmówił krótką modlitwę za jej dusze.
Jego najwierniejszy poddany Ogren znalazł go na trakcie królewskim. Niósł na rękach swoją żonę. Orgen wynajął wóz i razem udali się do ruin swojego miasta gdzie pochowali miłość Garoma. Po kilku dniach wędrówki na południe razem z Orgenem Initon zapytał się dlaczego jej ojciec nie ingerował. W odpowiedzi usłyszał: "leżał złożony ciężką chorobą".

 Initon, dawniej lord wspaniałego miasta, udał się na pustkowia. Tam miał poświęcić życie refleksji i znaleźć wewnętrzny spokój. Dziwnie się tam czuł. Przygnieciony przez smutny krajobraz okolicy cały czas miał wrażenie, że jest obserwowany. Przyzwyczaił się do tego. Jednak wrażenie zostało. Błąkał się tak po pustyni. Głodny. Raz udało mu się utłuc dorodną jaszczurkę, lecz nie miał ognia i był zmuszony jeść surowe mięso. Spragniony. Spijał wodę z kałuż w kamiennych skarpach i wzgórzach. Zmęczony. Cały czas parł przed siebie robiąc postoje tylko w nocy.

 Żebrak leżał w piasku. Nie mógł dalej iść. Całe stopy pokryte miał odciskami, a niedożywienie odcisnęło na nim swe piętno. Wspominał dobre czasy. Czasy przepychu i miłości. Zawsze miał wszystkiego pod dostatkiem. Wspomniał swoje dzieci z którymi bawił się po zakończeniu lordowskich obowiązków. Żonę, delikatny kwiat, którą obejmował każdej nocy. To było tysiące lat temu. Czuł się źle. Umierał.
Obudził się z głębokiego snu. Nadal czuł się beznadziejnie ale było mu dobrze. Leżał w łóżku. Był ubrany w białą szatę. Nad sobą widział drewniany sufit podparty belami. Spojrzał w prawo. Zobaczył światło wpadające przez okno. Obok łóżka stał stolik. Na nim leżały naczynia i niedokończone jedzenie. Po lewej zobaczył kominek i wszystko to co często widział w domach swoich poddanych. Stoły, stoliki, krzesła, kuchnia, gary, garnki i kociołki. Pełno było też ziół. Na pułkach pod drewnianymi ścianami było pełno słoiczków. Musiał wyjść i zobaczyć gdzie jest.

 Tak też zrobił. Chciał opuścić chatkę, ale przewracał się ze zmęczenia. Jednak stopniowo, podpierając się ścian, wyszedł na zewnątrz. Oślepiło go słońce. Gdy jego oczy przyzwyczaiły się do światła ujrzał studnię, ubity podjazd i małe poletko z rosnącymi na nim roślinami. Na polu pracował jakiś siwy jegomość. Żebrak wziął kija stojącego obok drzwi i powoli podszedł do nieznajomego.
- Nie powinieneś wstawać - mruknął starzec, dalej pieląc grządki - Jesteś osłabiony -
Troska z jaką to powiedział, przypomniała mu o tym co bardzo kochał, ale utracił. Wykrzywił się z bólu.
- Kim jesteś? - zapytał młodzieniec. Stary przestał grzebać motyką w ziemi i wyprostował się.
- Jestem pustelnikiem - odpowiedział podpierając się o narzędzie - Rozejrzyj się wokół. Jesteśmy na Pustkowiach - wskazał ręką wokół. Rzeczywiście. Mała urocza siedziba samotnika znajdowała się w niewielkiej kotlinie.
- Mogę Ci pomóc? - młodzieniec nigdy nie lubił stać bezczynnie.
- Pewnie - odpowiedział starzec uśmiechając się - Teraz pole musi wykarmić nas dwóch -

 Minął miesiąc, odkąd Initon, znany kiedyś jako Lord Garom, mieszkał ze starym Pustelnikiem. Tam nasz bohater, młody i zniszczony przez życie, starał się zapomnieć. Pogodzić ze stratą. Jednak nigdy do tego nie doszło. Zawsze przypominał sobie swą bezradność kiedy mordowano jego żonę. Za to nienawidził się najbardziej. Pustelnik opowiadał mu różne przypowieści. Chciał żeby młody mężczyzna, mający jeszcze długie życie przed sobą, z wrócił do społeczności. Jednakże bez skutku. Initon pogrążał się coraz bardziej w wewnętrznych sporach. Zawsze sprawiał wrażenie spokojnego tak żeby Pustelnik, dobry człowiek, się o niego nie martwił. Jednak na samą wzmiankę o przeszłości i stracie zaczynał zachowywać się nerwowo. Pewnego razu pokłócił się ze starcem. Przepełniony złością opuścił oazę i długo maszerował. Stojąc na urwisku dostrzegł jakiś budynek albo raczej wejście do niego. Wielka wyrzeźbiona w skale budowla zbudowana była z piaskowca. Garom wrócił do chatki pustelnika gdyż dostrzegł, że zaczęło się ściemniać.

 Następnego dnia zapytał pustelnika o to co znalazł. Ten z początku milczał, zmieniał temat albo po prostu odchodził od młodego mężczyzny żądnego wiedzy. Odpowiedział mu wieczorem następnego dnia. - I tak w końcu byś tam poszedł - zaczął starzec - Lepiej więc niech Cię ostrzegę. To wejście prowadziło kiedyś do świątyni. Świątyni przodków wszystkich ras. Pradawnych. Ci jednak zgubili się i utonęli we własnej pysze. Zapragnęli obalić samych bogów. Źle się to dla nich skończyło. Zostali zabici, a ich dusze skazane na wieczną wędrówkę po ziemi. Możesz ich nawet spotkać. Kryją się pod postacią cieni, mrocznych postaci. Niektórzy z nich nadal pozostali nikczemni. Będą Cię ściągać chłopcze. Będą Cię wzywać.
Garom, który nie miał już nic do stracenia chodził tam coraz częściej. Za każdym razem stawiał krok dalej w stronę wejścia do świątyni. Zawsze kłócił się z samym sobą. Zmagał się ze swoim sumieniem, które ograniczały jego nadmierną ciekawość. Kilka dni potem samotnik zniknął, a Initon wszedł do światyni.
Trzymając w ręku pochodnie rozświetlał prastare chramy. Kolumny obdarte ze złota podpierały kruszący się sufit. Tunele przygnębiały podróżnika. Wydawało mu się, że ściany na niego napierają. Były przepełnione nienawiścią. Szedł tak przez ciemność chyba całą wieczność. Nagle poczuł czyjąś obecność. Tą samą, która obserwowała go gdy był na pustyni.
- Kto tu? - zawołał przestraszony - Odpowiedz! Wiem, że tam jesteś!

 Sala była gigantyczna. Podpierały ją grube kolumny, a ich wielkie podstawy tworzyły długie schody. Droga, którą przyszedł Garom była wyłożona marmurowymi blokami. Nie wiedział jakim cudem, może to zobaczyć przy takim mroku, ale był tak zafascynowany widokiem, że się tym nie przejmował. Na środku stali był ceglany, okrągły podest na który wszedł.
- Witaj - powiedział spokojny głos. Initon miał wrażenie, że słyszy chór głosów mówiących naraz. Drgnął ze strachu.
- Nie musisz się nas obawiać. Jesteśmy tu by Ci pomóc - mówiły głosy. Przed żebrakiem wyrosła cienista postać.
- Możemy pomóc Ci zemścić się na ludziach, którzy Cię skrzywdzili - mówili kusząco.
- Nie. Moja żona nie... - próbował bronić się mężczyzna.
- Twoja żona nie żyje... przez Ciebie - powiedzieli przerywając mu. Twoja słabość i bezradność jest przytłaczająca.
Initon zaprzeczał. Napierające postacie i ich wstrętne głosy wściekły go.
- Nie! Nigdy nie postąpię niegodziwie! - krzyknął.
Usiłował uspokoić się lecz to nic nie dawało.
 Nagle to uczucie, kiedy stracił żonę wróciło ze zdwojoną siłą.
- Czujesz? - pytali - Jak możesz pozwolić by ten nędznik - pojawił się Magus śmiejący się - żerował na twoim nieszczęściu.
Gdy mroczne postacie wyśmiewały go wybuchł gniewem. Zaczął okładać kijem postacie.
- Dawać mi go! Dawać! Chce zatłuc go na śmierć! Dajcie mi zemstę!!!
- Dostaniesz ją. - odpowiedziały.