poniedziałek, 31 marca 2014

"Nie ma to jak ścigacz" - Opowiadanie na konkurs

NIE MA TO JAK ŚCIGACZ


Przez rozległą, płaską, kamienistą pustynię przesuwała się beżowo szara chmura kurzu. Na jej czele pędził ścigacz z krępym jegomościem w siodle. Jego długa, kruczoczarna broda trzepotała na wietrze. Nieznajomy wędrowiec przetarł swoją lewą dłonią zakurzone okulary. Prawa ręka metalicznie lśniła w słońcu. Była zaawansowaną protezą doskonale przystosowaną do potrzeb użytkownika (przynajmniej według producenta). Od dłoni do łokcia była skonstruowana ze sztucznego tworzywa.
Motocyklista rozejrzał się po okolicy. Sucho, gorąco i pusto. Na wszystkich przodków, jak on nie znosił Zachodnich Granic! Nawet diabeł nie chciałby tutaj mieszkać, a co dopiero organiczne istoty. Zatrzymał się na chwilę i wypił izotoniczny napój ze swojej manierki ukrytej w bagażniku pojazdu. Mruczał wściekle, przeklinając skwar i sączył napój. Zrzęda miał na imię Gambir. Pochodził z surowego, karlego ludu zamieszkującego Wyżyny Readista. Mimo, iż jest ich przedstawicielem to całkowicie do nich nie pasował. Zamiast rudych włosów miał czarne, a nos długi i zgrabny, podczas gdy jego współbracia mieli wielkie, grube kichawy przypominające soczyste rzodkiewki. Już na pewno zachowanie całkowicie nie pasowało do stereotypowego Readistanina. Chociaż narzekanie zostało wyssane z mlekiem matki to Gambir był o wiele bardziej wesołym i mniej gburowatym krasnoludem niż jego bracia.
Gdzieniegdzie wystawały z popękanej ziemi kępki suchej trawy delikatnie pochylając się w stronę wschodu. Właśnie w tą samą stronę kierował się krasnolud. Gdy skończył pić wskoczył z powrotem na ścigacza i ruszył. Spojrzał w niebo. Wysoko na pięknym, granatowym nieboskłonie rysowały się sylwetki tutejszego ptactwa. Gdyby ryk silnika nie zagłuszał wszystkiego można by było usłyszeć jak pieją.
Po kilku minutach na horyzoncie pojawił się jakiś niewyraźny kształt. Kierowca skręcił swój pojazd w tamtym kierunku i przyspieszył. Okazało się, że jest to kompleks budynków. Pierwszy z nich był urządzony w stylu miasta przemysłowego Hadjy. Był to pub "Studnia Życia". Wielki neon oznajmiał, że jest otwarte. Kiedyś, bardzo dawno temu Gambir był tutaj. Knajpa nazywała się wtedy "Pustynny Melanż" i według niego nazwa była tak samo kiepska jak ówczesny właściciel.
Co do nowej nazwy to bardzo pomysłowe, mruknął sam do siebie brodacz przyglądając się wielkiemu szablonowi na płaskim dachu. Niecałe pięćdziesiąt metrów dalej stała wielka aparatura zaopatrująca w wodę pozostałe budynki. Niewiele się zmieniło, skwitował Gambir w myślach i wjechał do garażu dla gości. Zaparkował w pierwszym lepszym miejscu. Wyłączył napęd rakietowy. Powoli zmniejszał siłę generatorów anty-grawitacyjnych aż jego ścigacz opadł całkowicie na ziemię. Maszyna westchnęła, kiedy wyciągnął z niej klucz. Zeskoczył z niej i przeciągnął się tak, że strzeliły mu stawy.
- Nie martw się maleńka - niski mężczyzna poklepał czule maszynę po siedzeniu - Tatuś załatwi parę spraw i wracamy do domu.
Większość miejsc parkingowych była wolna. Były tylko dwa pustynne motocykle oraz jeep. Oznaczenia tego samochodu były znajome. Wóz zdecydowanie należał do Nathana, co oznaczało, że już jest na miejscu. To dobrze.
Brodaty mężczyzna wyszedł z chłodnego pomieszczenia prosto w palące płuca, gorące powietrze. Siarczyście zaklął i narzekając na pustynne warunki poprawił skórzany pasek od spodni. Kolba z rewolwerem 20 mm zastukała o plastykowe elementy kombinezonu. Dla pewności sprawdził czy broń jest naładowana. Tylko trzy naboje. W razie kłopotów resztę będzie musiał wykończyć napastników własnoręcznie. Splunął niezadowolony. Nie lubił brudzić sobie rąk. Otworzył drzwi do pubu. Kroczył powoli, dokładnie lustrując wygląd pomieszczenia.
Kilkanaście tanich stolików. Równie tanie krzesełka. Lada pokryta imitacją drewna. Półki pełne najróżniejszych alkoholi. Przy dokładniejszym przeszukaniu znalazłoby się kilka trunków z rodzinnych stron Gambira. Dalej stał wysokiej jakości telewizor. Zdziwił się trochę widząc taką rozrzutność gospodarza. Pudło działał i aktualnie nadawało przemowę jakiegoś polityka, którego kompletnie nie kojarzył. Prawie się przewrócił, kiedy zobaczył najbardziej przerażający widok w całym swoim życiu. Paskudny barman wyrósł chyba z pod ziemi.
- Witam - zachrypiało coś, co kiedyś być może przypominało człowieka - Czym mogę służyć?
Gambirowi bardzo nie podobało się jak na niego patrzył. Tutaj nawet nie chodziło o to, że patrzył się na niego góry. Był bardzo niski tak jak większość jego ludu. Ledwo wystawał zza lady, która dorosłemu człowiekowi sięgałaby do pasa. W oczach barmana ukrywały się złowrogie iskierki. Gambir znał się na ludziach i innych istotach myślących i potrafił poznać, kiedy ktoś jest skrajnie pozbawiony skrupułów. Chyba jednak poprzedni właściciel był lepszy. Przynajmniej nie wyglądał tak ohydnie, podsumował gorzko. Ale skurwysynem był takim samym.
- Poproszę... - karzeł zastanowił się czy ten obleśny brzydal nie dosypie mu czegoś do napoju - ...whisky. Podwójną.
Barman skinął głową i zajął się zamówieniem. Tymczasem on przyjrzał się dwójce innych gości, którzy siedzieli w najdalszym kącie jadalni. Wydawało się, że nic nie mówili, ale wyjątkowo czuły słuch naszego podróżnika usłyszał szepty. Byli podnieceni dostaniem się do jakiejś wyjątkowej grupy. Pierwszy był ogolony na łyso, drugi zaś miał twarz całą w bliznach. Gambir węszył kłopoty, ale póki co nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi. Stuknięcie szklanki wybiło go z zamyślenia. Sięgnął po alkohol. Długo przyglądał się ciemnemu płynowi szukając jakichkolwiek oznak trucizny. Barman, w tym czasie, gdzieś sobie polazł. I dobrze, odetchnął Gambir z wyraźną ulgą.
Po kilkunastu minutach cichociemna dwójka zaszła karła od tyłu. Ten usłyszał tylko metaliczny dźwięk wysuwającego się noża. Błyskawicznie dobył rewolweru i obrócił się w stronę napastników.
- Nawet nie próbuj - warknął Gambir przez zaciśnięte zęby celując w łysego dryblasa z wyciągniętym ostrzem - Bo obiecuję, że Cię stara nie pozna.
Z telewizora dobiegły dźwięki oklasków i gwizdów. Przemowa polityka doszła do momentu kulminacyjnego.
Żyjemy wśród wielu ras. Razem żyjemy w pokoju i tolerancji! Ale wśród nas zalęgło się robactwo!
Przeciwnik zaśmiał się okrutnie. Jego głowa w kilka sekund została otoczona przez samo-składający się hełm. Drugi uczynił podobnie. Rzucili się na krasnala. Ten nie czekając zeskoczył z wysokiego krzesełka i wystrzelił do tego, który był najbliżej. Pocisk odbił się od jasnego pancerza zaledwie pozostawiając rysę. Sukinkoty mają najnowsze zbroje!
Robactwo, które drąży podstawy naszej społeczności! Pasożyty, o których mówię to rasiści!
Gambir złapał za krzesło i uderzył w szarżującego nań przeciwnika. Bandyta poleciał gwałtownie do tyłu. Ma się tą siłę w łapie, pomyślał zadowolony szczerząc zęby w uśmiechu. Uchylił się przed prawym sierpowym drugiego napastnika, który nagle doskoczył do niego. Odrzucił zepsute krzesło i zamachnął się swoją żelazną dłonią w stronę opancerzonej głowy człowieka. Metal zachrzęścił o metal.
Łączą się w grupy, często nawet legalne! Podjudzają ludzi przeciwko innym rasom! Burzą pokój i porządek! Więc mówię wam: Sprzeciwmy się nietolerancji! Powiedzmy koniec legalnemu uciskowi nieludziom! Od teraz niech nikt nie podnosi ręki na przedstawiciela innej rasy. Jesteśmy braćmi i powinniśmy żyć w pokoju jak do tej pory!
Bandyta padł plackiem na ziemię. Gambir nie mógł dostrzec czy jest on tylko ogłuszony, czy zabity. Pierwszy  bandyta zerwał się na równe nogi, złapał stolik i cisnął nim w krasnala. Ten odskoczył. Nie zdołał uniknąć pocisku, który trafił go w ramię. Zasyczał z bólu. Nie ma z nimi szans nawet, jeżeli teraz walka jest wyrównana. To tylko kwestia czasu, kiedy się zmęczy. Wrzucił szybko pistolet do kolby i czym prędzej wybiegł z pubu. Dobiegły go jeszcze słowa polityka:
 Niech rasistowskie szumowiny udławią się swoimi przekleństwami.
Mimo stosunkowo krótkich nóg krasnolud pędził jak burza. Usłyszał za sobą tłuczone szkło i niezrozumiałe wrzaski. Gambir mimowolnie przyspieszył. Wpadł do garażu. Jeep Nathana nadal stał, ale jego samego nigdzie nie było widać. Nigdy go nie ma jak go potrzeba, fuknął Gambir rozeźlony. Doskoczył do swojego ścigacza i pospiesznie wyciągnął klucz z kieszeni. Uruchomił go wsadzając elektroniczne urządzenie do stacyjki i przekręcając je dwukrotnie.
- Dalej maleńka - szeptał niecierpliwie do rozgrzewającej się maszyny - Daleeej!
Silnik motocykla w pełni zaskoczył, kiedy krasnolud szarpnął za sprzęgło. Gwałtownie zwiększył obroty generatorów. Pojazd podskoczył i prawie wyrżnął w sufit. Gambir obeznany w swojej maszynie sprawnie nią pokierował i wyleciał z rykiem  na pracującym na maksa napędzie. Prawie potrącił wbiegającego bandytę, który zabulgotał coś niewyraźnie.
Gambir odjechał już spory kawałek od pubu, gdyż ten powoli znikał za horyzontem. Zastanowił się, co teraz zrobić. Podejrzewał, że będą go ścigać. Jakby w odpowiedzi na jego myśli usłyszał za sobą głośny, mechaniczny warkot. Odwrócił się. Zobaczył jak jego prześladowcy nadjeżdżają. Szlag by to! Mieli karabiny pulsacyjne. Jednak domyślił się, że nie będą strzelać. Nie zrobili tego wcześniej, więc pewnie chcą go dorwać żywcem. Przyspieszył jeszcze bardziej. Oni jednak zbliżali się z każdą chwilą. Kiedy byli już naprawdę blisko nasz brodacz gwałtownie skręcił w prawo odbijając się od ziemi, niczym piłeczka, dzięki chwilowemu zwiększeniu poziomu anty-grawitacji. Zaskoczeni bandyci nie zdążyli nawet zareagować. Rozpędzeni pojechali dalej. Gambir zyskał kilka sekund przewagi. Jego motocykl miał porządne przyspieszenie. Ścigacze tamtych należały do rodzaju pustynnych. Projektanci ich pojazdów przedłożyli szybkość nad zwrotność i przyspieszenie. Zanim ponownie się rozpędzili krasnal był z powrotem przy barze. Ku jego zaskoczeniu, z knajpy wyskoczył barman z trójbeltówką i strzelił w jego stronę. Nad uchem Gambira ze świstem przeleciały trzy pociski. Karzeł wściekł się. Dodał gazu i nakierował się prosto na wstrętnego brzydala. Ten przeładowywał niezręcznie i nerwowo strzelbę. Gdy zobaczył, że nie zdąży jej nabić uskoczył. Gambirowi udało się kopnąć go w dupsko. Zrobił to z takim impetem, jakim nie powstydziłby się rozjuszony koń obecnością weterynarza. Obrzydliwiec poleciał na twarz i najadł się piachu. Ścigacz krasnoluda wykonał niekontrolowaną beczkę i zaskoczony Gambir spadł głową na ziemię. Maszyna po kilku przejechanych metrach zawisła nieruchomo w powietrzu.
Krasnolud leżał ogłuszony twarzą w dół. Nie mógł się ruszyć. Czuł, że niedługo zabraknie mu powietrza. Przeraziła go myśl całkowitego paraliżu. Straszliwie rozbolał go kręgosłup na wysokości łopatek. Zacisnął zęby i wykorzystał całą siłę woli do przewrócenia głowy na bok. Udało się. Patrzył teraz w stronę knajpy, którą minął. Zobaczył jak barman podnosi się z ziemi i otrzepuje się z piachu. W Gambirze ponownie rozpłynęła się, niczym lawa, nienawiść. Jak ten pieprzony małpiszon, zasrany rasista… (tutaj nasz bohater użył całego mnóstwa najwulgarniejszych określeń, jakie był w stanie wymyślić przy okazji wydając z siebie rozmaite dzikie warknięcia i pomruki, które przeraziłyby niejednego grubego zwierza) … tutaj podejdzie to będzie wyglądał jeszcze gorzej niż wygląda teraz. A patrząc na tą jego krzywą mordę to chyba już nic nie będzie mogło wyglądać gorzej.
W ten oto sposób Gambir ciskając niesłyszalne gromy w znienawidzonego właściciela „Studni Życia” powoli wstał z ziemi podpierając się rękoma. Kiedy zobaczył jak barman idzie w jego stronę, ból przeszedł mu zupełnie. Nagle zerwał się jakby zupełnie nic mu nie dolegało i rzucił się cwałem w stronę jego źródła nienawiści. Źródło nienawiści natomiast szło pewnym korkiem w stronę krasnoluda i z wycelowaną przed siebie strzelbą. Gdy barman dostrzegł, że nieludź szarżuje na niego zaśmiał się gardłowo. Jego uśmiech szybko znikł, kiedy dostrzegł piekielną furię w oczach krasnoluda. Wnet włos zjeżył mu się na głowie. Upuścił broń i zaczął uciekać w panice. Gambir zaryczał jak niedźwiedź, na co barman przyspieszył.
Tymczasem bandyci wrócili. Zajechali drogę krasnoludowi.
- Koniec zabawy karle! – szczeknął głośno rozzłoszczony dryblas celując długą lufą karabinu prosto w czoło dyszącego Gambira – Teraz nasza kolej na robienie sobie żartów.
Na skroni krasnoluda pojawiła się kropla potu. Zagryzł nerwowo wargę. Miał jeszcze dwa naboje w magazynku swojego rewolweru. Miał jednak małą szansę żeby zdążyć im coś zrobić, zanim  go rozstrzelają. Wtem potężny huk zagłuszył dźwięki ścigaczy. Nagle hełm jednego z napastników rozpadł się, jakby eksplodował i martwy osunął się na ziemię. Drugi ledwie zdążył unieść karabin i sam padł bezwładnie na ziemię z głośnym trzaskiem. Krasnolud obrócił się w stronę wybawcy. Nathan stał po żołniersku ze swoją Słoniową Strzelbą. Był to młodzieniec o blond włosach i kilkudniowym, zbójeckim zaroście.
- Za każdym razem muszę cię ratować – uśmiechnął się zawadyjacko przewieszając broń przez plecy.
Gambir odetchnął z ulgą. Podszedł do przyjaciela.
- Gdzieżeś był, głąbie?! – warknął na niego z udawaną złością – Mogłem zginąć!
Człowiek zaśmiał się i zagwizdał: - Musiałem załatwić kilka spraw z moją kobietą… -
- Och tak! – obruszył się Gambir oczekując, że sprowokuje Nathana – Zapamiętam to sobie!
- Kim były te typy? – zaciekawił się blondyn przypatrując się pancerzom bandytów. Z garażu wyjechał jeep. Prowadziła kobieta o takim samym kolorze włosów jak Nathan.
- Cholera wie – westchnął krasnolud – Mają jakiś znak na ramieniu.
- Znak „Wszechwiedzącego”… Należeli do grupy rasistowskiej.
- To by tłumaczyło, dlaczego zaatakowali mnie bez powodu…
- Człowiek to głupie bydlę – stwierdził Nathan ze smutkiem kiwając głową – Zawsze znajdą sobie powód do zaspokajania swoich zwierzęcych potrzeb.
- Zgadzam się – potaknął głową krasnolud – Nie tylko oni tacy są… Jedziemy?
- Pewnie – powiedział Nathan – Zabierzmy im tylko sprzęt. Szkoda, by było gdyby tak zardzewiał na pustyni.

Gambir cmoknął zniesmaczony, ale ostatecznie przyznał swojemu przyjacielowi rację. Szkoda było to tak tutaj zostawić. Wrócił po swój motocykl. W tym czasie Nathan i jego dziewczyna załadowali pustynne ścigacze na pakę. Słońce powoli zachodziło za linie horyzontu. Podróż w nocy motocyklem jest o wiele bardziej przyjemniejsza niż podróż jeepem. Oj tak. Nie ma to jak ścigacz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz