NIE MA TO JAK ŚCIGACZ
Przez rozległą, płaską, kamienistą pustynię
przesuwała się beżowo szara chmura kurzu. Na jej czele pędził ścigacz z krępym
jegomościem w siodle. Jego długa, kruczoczarna broda trzepotała na wietrze.
Nieznajomy wędrowiec przetarł swoją lewą dłonią zakurzone okulary. Prawa ręka
metalicznie lśniła w słońcu. Była zaawansowaną protezą doskonale przystosowaną
do potrzeb użytkownika (przynajmniej według producenta). Od dłoni do łokcia
była skonstruowana ze sztucznego tworzywa.
Motocyklista rozejrzał się po okolicy.
Sucho, gorąco i pusto. Na wszystkich przodków, jak on nie znosił Zachodnich
Granic! Nawet diabeł nie chciałby tutaj mieszkać, a co dopiero organiczne
istoty. Zatrzymał się na chwilę i wypił izotoniczny napój ze swojej manierki
ukrytej w bagażniku pojazdu. Mruczał wściekle, przeklinając skwar i sączył
napój. Zrzęda miał na imię Gambir. Pochodził z surowego, karlego ludu
zamieszkującego Wyżyny Readista. Mimo, iż jest ich przedstawicielem to
całkowicie do nich nie pasował. Zamiast rudych włosów miał czarne, a nos długi i
zgrabny, podczas gdy jego współbracia mieli wielkie, grube kichawy
przypominające soczyste rzodkiewki. Już na pewno zachowanie całkowicie nie
pasowało do stereotypowego Readistanina. Chociaż narzekanie zostało wyssane z
mlekiem matki to Gambir był o wiele bardziej wesołym i mniej gburowatym
krasnoludem niż jego bracia.
Gdzieniegdzie wystawały z popękanej ziemi
kępki suchej trawy delikatnie pochylając się w stronę wschodu. Właśnie w tą
samą stronę kierował się krasnolud. Gdy skończył pić wskoczył z powrotem na
ścigacza i ruszył. Spojrzał w niebo. Wysoko na pięknym, granatowym nieboskłonie
rysowały się sylwetki tutejszego ptactwa. Gdyby ryk silnika nie zagłuszał
wszystkiego można by było usłyszeć jak pieją.
Po kilku minutach na horyzoncie pojawił
się jakiś niewyraźny kształt. Kierowca skręcił swój pojazd w tamtym kierunku i
przyspieszył. Okazało się, że jest to kompleks budynków. Pierwszy z nich
był urządzony w stylu miasta przemysłowego Hadjy. Był to pub "Studnia
Życia". Wielki neon oznajmiał, że jest otwarte. Kiedyś, bardzo dawno temu
Gambir był tutaj. Knajpa nazywała się wtedy "Pustynny Melanż" i
według niego nazwa była tak samo kiepska jak ówczesny właściciel.
Co do nowej nazwy to bardzo pomysłowe,
mruknął sam do siebie brodacz przyglądając się wielkiemu szablonowi na płaskim
dachu. Niecałe pięćdziesiąt metrów dalej stała wielka aparatura zaopatrująca w
wodę pozostałe budynki. Niewiele się zmieniło, skwitował Gambir w myślach i
wjechał do garażu dla gości. Zaparkował w pierwszym lepszym miejscu. Wyłączył
napęd rakietowy. Powoli zmniejszał siłę generatorów anty-grawitacyjnych aż jego
ścigacz opadł całkowicie na ziemię. Maszyna westchnęła, kiedy wyciągnął z niej
klucz. Zeskoczył z niej i przeciągnął się tak, że strzeliły mu stawy.
- Nie martw się maleńka - niski mężczyzna
poklepał czule maszynę po siedzeniu - Tatuś załatwi parę spraw i wracamy do
domu.
Większość miejsc parkingowych była wolna. Były tylko dwa pustynne motocykle oraz jeep.
Oznaczenia tego samochodu były znajome. Wóz zdecydowanie należał do Nathana, co
oznaczało, że już jest na miejscu. To dobrze.
Brodaty mężczyzna wyszedł z chłodnego
pomieszczenia prosto w palące płuca, gorące powietrze. Siarczyście zaklął i narzekając na
pustynne warunki poprawił skórzany pasek od spodni. Kolba z rewolwerem 20 mm
zastukała o plastykowe elementy kombinezonu. Dla pewności sprawdził czy broń
jest naładowana. Tylko trzy naboje. W razie kłopotów resztę będzie musiał wykończyć napastników własnoręcznie. Splunął niezadowolony. Nie lubił brudzić sobie rąk. Otworzył
drzwi do pubu. Kroczył powoli, dokładnie lustrując wygląd pomieszczenia.
Kilkanaście tanich stolików. Równie tanie
krzesełka. Lada pokryta imitacją drewna. Półki pełne najróżniejszych alkoholi.
Przy dokładniejszym przeszukaniu znalazłoby się kilka trunków z rodzinnych stron
Gambira. Dalej stał wysokiej jakości telewizor. Zdziwił się trochę widząc taką
rozrzutność gospodarza. Pudło działał i aktualnie nadawało przemowę jakiegoś polityka,
którego kompletnie nie kojarzył. Prawie się przewrócił, kiedy zobaczył
najbardziej przerażający widok w całym swoim życiu. Paskudny barman wyrósł chyba
z pod ziemi.
- Witam - zachrypiało coś, co kiedyś być
może przypominało człowieka - Czym mogę służyć?
Gambirowi bardzo nie podobało się jak na
niego patrzył. Tutaj nawet nie chodziło o to, że patrzył się na niego góry. Był bardzo
niski tak jak większość jego ludu. Ledwo wystawał zza lady, która dorosłemu
człowiekowi sięgałaby do pasa. W oczach barmana ukrywały się złowrogie
iskierki. Gambir znał się na ludziach i innych istotach myślących i potrafił poznać,
kiedy ktoś jest skrajnie pozbawiony skrupułów. Chyba jednak poprzedni
właściciel był lepszy. Przynajmniej nie wyglądał tak ohydnie, podsumował
gorzko. Ale skurwysynem był takim samym.
- Poproszę... - karzeł zastanowił się czy
ten obleśny brzydal nie dosypie mu czegoś do napoju - ...whisky. Podwójną.
Barman skinął głową i zajął się
zamówieniem. Tymczasem on przyjrzał się dwójce innych gości, którzy siedzieli w
najdalszym kącie jadalni. Wydawało się, że nic nie mówili, ale wyjątkowo czuły
słuch naszego podróżnika usłyszał szepty. Byli podnieceni dostaniem się do jakiejś
wyjątkowej grupy. Pierwszy był ogolony na łyso, drugi zaś miał twarz całą w
bliznach. Gambir węszył kłopoty, ale póki co nie zwrócili na niego
najmniejszej uwagi. Stuknięcie szklanki wybiło go z zamyślenia. Sięgnął po
alkohol. Długo przyglądał się ciemnemu płynowi szukając jakichkolwiek oznak
trucizny. Barman, w tym czasie, gdzieś sobie polazł. I dobrze, odetchnął Gambir z
wyraźną ulgą.
Po kilkunastu minutach cichociemna dwójka
zaszła karła od tyłu. Ten usłyszał tylko metaliczny dźwięk wysuwającego się
noża. Błyskawicznie dobył rewolweru i obrócił się w stronę napastników.
- Nawet nie próbuj - warknął Gambir przez
zaciśnięte zęby celując w łysego dryblasa z wyciągniętym ostrzem - Bo obiecuję,
że Cię stara nie pozna.
Z telewizora dobiegły dźwięki oklasków i
gwizdów. Przemowa polityka doszła do momentu kulminacyjnego.
Żyjemy wśród wielu ras. Razem żyjemy w
pokoju i tolerancji! Ale wśród nas zalęgło się robactwo!
Przeciwnik zaśmiał się okrutnie. Jego
głowa w kilka sekund została otoczona przez samo-składający się hełm. Drugi
uczynił podobnie. Rzucili się na krasnala. Ten nie czekając zeskoczył z
wysokiego krzesełka i wystrzelił do tego, który był najbliżej. Pocisk odbił się
od jasnego pancerza zaledwie pozostawiając rysę. Sukinkoty mają najnowsze
zbroje!
Robactwo, które drąży podstawy naszej
społeczności! Pasożyty, o których mówię to rasiści!
Gambir złapał za krzesło i uderzył w
szarżującego nań przeciwnika. Bandyta poleciał gwałtownie do tyłu. Ma się tą
siłę w łapie, pomyślał zadowolony szczerząc zęby w uśmiechu. Uchylił się przed
prawym sierpowym drugiego napastnika, który nagle doskoczył do niego. Odrzucił
zepsute krzesło i zamachnął się swoją żelazną dłonią w stronę opancerzonej
głowy człowieka. Metal zachrzęścił o metal.
Łączą się w grupy, często nawet legalne! Podjudzają
ludzi przeciwko innym rasom! Burzą pokój i porządek! Więc mówię wam: Sprzeciwmy
się nietolerancji! Powiedzmy koniec legalnemu uciskowi nieludziom! Od teraz niech nikt nie podnosi ręki na przedstawiciela innej rasy. Jesteśmy braćmi i powinniśmy żyć w pokoju jak do tej pory!
Bandyta padł plackiem na ziemię. Gambir
nie mógł dostrzec czy jest on tylko ogłuszony, czy zabity. Pierwszy bandyta zerwał się na
równe nogi, złapał stolik i cisnął nim w krasnala. Ten odskoczył. Nie zdołał uniknąć pocisku, który trafił go w ramię. Zasyczał z bólu. Nie ma z
nimi szans nawet, jeżeli teraz walka jest wyrównana. To tylko kwestia czasu,
kiedy się zmęczy. Wrzucił szybko pistolet do kolby i czym prędzej wybiegł z
pubu. Dobiegły go jeszcze słowa polityka:
Niech rasistowskie
szumowiny udławią się swoimi przekleństwami.
Mimo stosunkowo krótkich nóg krasnolud pędził
jak burza. Usłyszał za sobą tłuczone szkło i niezrozumiałe wrzaski. Gambir
mimowolnie przyspieszył. Wpadł do garażu. Jeep Nathana nadal stał, ale jego
samego nigdzie nie było widać. Nigdy go nie ma jak go potrzeba, fuknął Gambir rozeźlony. Doskoczył do swojego ścigacza i pospiesznie wyciągnął klucz
z kieszeni. Uruchomił go wsadzając elektroniczne urządzenie do stacyjki i
przekręcając je dwukrotnie.
- Dalej maleńka - szeptał niecierpliwie
do rozgrzewającej się maszyny - Daleeej!
Silnik motocykla w pełni zaskoczył, kiedy
krasnolud szarpnął za sprzęgło. Gwałtownie zwiększył obroty
generatorów. Pojazd podskoczył i prawie wyrżnął w sufit. Gambir obeznany w swojej maszynie
sprawnie nią pokierował i wyleciał z rykiem na pracującym na maksa napędzie.
Prawie potrącił wbiegającego bandytę, który zabulgotał coś niewyraźnie.
Gambir odjechał już spory kawałek od pubu,
gdyż ten powoli znikał za horyzontem. Zastanowił się, co teraz zrobić.
Podejrzewał, że będą go ścigać. Jakby w odpowiedzi na jego myśli usłyszał za
sobą głośny, mechaniczny warkot. Odwrócił się. Zobaczył jak jego prześladowcy
nadjeżdżają. Szlag by to! Mieli karabiny pulsacyjne. Jednak domyślił się, że
nie będą strzelać. Nie zrobili tego wcześniej, więc pewnie chcą go dorwać
żywcem. Przyspieszył jeszcze bardziej. Oni jednak zbliżali się z każdą chwilą.
Kiedy byli już naprawdę blisko nasz brodacz gwałtownie skręcił w prawo
odbijając się od ziemi, niczym piłeczka, dzięki chwilowemu zwiększeniu poziomu anty-grawitacji.
Zaskoczeni bandyci nie zdążyli nawet zareagować. Rozpędzeni pojechali dalej.
Gambir zyskał kilka sekund przewagi. Jego motocykl miał porządne
przyspieszenie. Ścigacze tamtych należały do rodzaju pustynnych. Projektanci ich pojazdów przedłożyli szybkość nad zwrotność i przyspieszenie. Zanim ponownie
się rozpędzili krasnal był z powrotem przy barze. Ku jego zaskoczeniu, z knajpy
wyskoczył barman z trójbeltówką i strzelił w jego stronę. Nad uchem Gambira ze
świstem przeleciały trzy pociski. Karzeł wściekł się. Dodał gazu i nakierował
się prosto na wstrętnego brzydala. Ten przeładowywał niezręcznie i nerwowo
strzelbę. Gdy zobaczył, że nie zdąży jej nabić uskoczył.
Gambirowi udało się kopnąć go w dupsko. Zrobił to z takim impetem, jakim nie
powstydziłby się rozjuszony koń obecnością weterynarza. Obrzydliwiec poleciał
na twarz i najadł się piachu. Ścigacz krasnoluda wykonał niekontrolowaną beczkę
i zaskoczony Gambir spadł głową na ziemię. Maszyna po kilku przejechanych metrach zawisła
nieruchomo w powietrzu.
Krasnolud leżał ogłuszony twarzą w dół.
Nie mógł się ruszyć. Czuł, że niedługo zabraknie mu powietrza. Przeraziła go
myśl całkowitego paraliżu. Straszliwie rozbolał go kręgosłup na wysokości łopatek. Zacisnął
zęby i wykorzystał całą siłę woli do przewrócenia głowy na bok. Udało się.
Patrzył teraz w stronę knajpy, którą minął. Zobaczył jak barman podnosi się z
ziemi i otrzepuje się z piachu. W Gambirze ponownie rozpłynęła się, niczym lawa, nienawiść. Jak ten pieprzony małpiszon, zasrany rasista… (tutaj nasz bohater
użył całego mnóstwa najwulgarniejszych określeń, jakie był w stanie wymyślić
przy okazji wydając z siebie rozmaite dzikie warknięcia i pomruki, które
przeraziłyby niejednego grubego zwierza) … tutaj podejdzie to będzie wyglądał jeszcze gorzej niż wygląda teraz. A patrząc na tą jego krzywą mordę to chyba już nic nie będzie mogło wyglądać gorzej.
W ten oto sposób Gambir ciskając
niesłyszalne gromy w znienawidzonego właściciela „Studni Życia” powoli wstał z
ziemi podpierając się rękoma. Kiedy zobaczył jak barman idzie w jego stronę, ból
przeszedł mu zupełnie. Nagle zerwał się jakby zupełnie nic mu nie dolegało i
rzucił się cwałem w stronę jego źródła nienawiści. Źródło nienawiści natomiast
szło pewnym korkiem w stronę krasnoluda i z wycelowaną przed siebie strzelbą.
Gdy barman dostrzegł, że nieludź szarżuje na niego zaśmiał się gardłowo. Jego uśmiech
szybko znikł, kiedy dostrzegł piekielną furię w oczach krasnoluda. Wnet
włos zjeżył mu się na głowie. Upuścił broń i zaczął uciekać w
panice. Gambir zaryczał jak niedźwiedź, na co barman przyspieszył.
Tymczasem bandyci wrócili. Zajechali
drogę krasnoludowi.
- Koniec zabawy karle! – szczeknął głośno
rozzłoszczony dryblas celując długą lufą karabinu prosto w czoło dyszącego
Gambira – Teraz nasza kolej na robienie sobie żartów.
Na skroni krasnoluda pojawiła się kropla
potu. Zagryzł nerwowo wargę. Miał jeszcze dwa naboje w magazynku swojego rewolweru.
Miał jednak małą szansę żeby zdążyć im coś zrobić, zanim go rozstrzelają. Wtem
potężny huk zagłuszył dźwięki ścigaczy. Nagle hełm jednego z napastników
rozpadł się, jakby eksplodował i martwy osunął się na ziemię. Drugi ledwie
zdążył unieść karabin i sam padł bezwładnie na ziemię z głośnym trzaskiem.
Krasnolud obrócił się w stronę wybawcy. Nathan stał po żołniersku ze
swoją Słoniową Strzelbą. Był to młodzieniec o blond włosach i kilkudniowym, zbójeckim zaroście.
- Za każdym razem muszę cię ratować –
uśmiechnął się zawadyjacko przewieszając broń przez plecy.
Gambir odetchnął z ulgą. Podszedł do
przyjaciela.
- Gdzieżeś był, głąbie?! – warknął na
niego z udawaną złością – Mogłem zginąć!
Człowiek zaśmiał się i zagwizdał: -
Musiałem załatwić kilka spraw z moją kobietą… -
- Och tak! – obruszył się Gambir
oczekując, że sprowokuje Nathana – Zapamiętam to sobie!
- Kim były te typy? – zaciekawił się
blondyn przypatrując się pancerzom bandytów. Z garażu wyjechał jeep. Prowadziła
kobieta o takim samym kolorze włosów jak Nathan.
- Cholera wie – westchnął krasnolud –
Mają jakiś znak na ramieniu.
- Znak „Wszechwiedzącego”… Należeli do
grupy rasistowskiej.
- To by tłumaczyło, dlaczego zaatakowali
mnie bez powodu…
- Człowiek to głupie bydlę – stwierdził
Nathan ze smutkiem kiwając głową – Zawsze znajdą sobie powód do zaspokajania
swoich zwierzęcych potrzeb.
- Zgadzam się – potaknął głową krasnolud
– Nie tylko oni tacy są… Jedziemy?
- Pewnie – powiedział Nathan – Zabierzmy
im tylko sprzęt. Szkoda, by było gdyby tak zardzewiał na pustyni.
Gambir cmoknął zniesmaczony, ale
ostatecznie przyznał swojemu przyjacielowi rację. Szkoda było to tak tutaj
zostawić. Wrócił po swój motocykl. W tym czasie Nathan i jego dziewczyna
załadowali pustynne ścigacze na pakę. Słońce powoli zachodziło za linie
horyzontu. Podróż w nocy motocyklem jest o wiele bardziej przyjemniejsza niż podróż jeepem. Oj tak. Nie ma to jak
ścigacz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz