piątek, 18 kwietnia 2014

Sprawa się rypła! Karny Plemnior!

Za niewrzucenie opowiadania wstawiam sobie karnego plemnika przerobionego na Obcego (tak, tego od Ripley)


Autor: Zbonio - Devianart


I na koniec moja ulubiona modelka (kompletnie nie wiem dlaczego... hmmm... zastanówmy się) tak na osłodzenie ;)

Kate Upton jakby chciał ktoś wiedzieć ;)


Opowiadanie, mam nadzieję, pojawi się w tą niedzielę chociaż są święta więc może być ciężko :D

wtorek, 8 kwietnia 2014

Następne opowiadanie (13.04.14)

Coś dla fanów Hobbita, Władcy Pierścieni i Wiedźmina! 

(Gry o Tron nie ma bo tam zabija się hurtowo głównych bohaterów)

***

Następne opowiadanie przeniesie nas w świat Seggelin. Będzie ona prawić o przygodach krasnoluda Gothicusa, Bala* osady krasnoludzkiej Karak Nurn, który będzie musiał zmierzyć się ze swoją mroczną przeszłością. 

*Bal - przywódca

niedziela, 6 kwietnia 2014

"Ryzyko, bez końca." - I przecinki w niewłaściwych miejscach

"Ryzyko, bez końca"


Przez lodowate pustkowie pełznął mały, żukowaty pojazd. Uzbrojony w gąsienice zmagał się z głębokim śniegiem. Reflektory z trudem przegryzały się przez całun ciemności. Wielka zamieć oblepiała gęsto kadłub. Po godzinie jednostajnej jazdy, łazik dotarł do tunelu wystającego z klifu. Był ledwo widoczny w ciemnościach jednak kierowca z łatwością poradził sobie z jego odnalezieniem. Nie był to w końcu jego pierwszy wyjazd na niegościnną powierzchnię planety.

Załoga pojazdu nie wysiadła jeszcze. Pierwszy Podjazd był zbyt zimny dla człowieka. Pojazd pojechał dalej. Wkrótce zniknął pod skałą. Im głębiej zjeżdżał tym było cieplej. Odgłos zgrzytliwego silnika odbijał się echem od skalnego sklepienia. Gąsienice pojazdu przeszły w tryb zwykły wsuwając "narty".

Po kilku minutach łazik dotarł do grubych, metalowych drzwi. Kierowca skontaktował się z Centralą i wąskie wrota rozwarły się z hukiem. Za nimi znajdował się oświetlony i ciepły korytarz. Kierowca wyłączył reflektory i wjechał do środka. Drzwi wejściowe z powrotem zamknięto. W dodatniej temperaturze śnieg oblepiający karoserię pojazdu zaczął szybko topnieć i odpadać. Drugi Podjazd prowadził prosto do Garażu.

- Spychacz-Jeden, tu Baza - odezwał się strażnik kolonii przez radio - Witajcie z powrotem.
- Baza, tu Spychacz-Jeden. Dziękuję i wjeżdżam do garażu.
- Spychacz-Jeden. Przyjąłem. Zajmijcie stanowisko numer Cztery.
- Wykonuję. Bez odbioru.
Spychacz wjechał do szerokiej sali o kolistym sklepieniu. Zajął przydzielone miejsce i kiedy zgasł silnik, załoga opuściła go. Tupocząc twardym obuwiem o betonową podłogę wyjęli długą skrzynkę z bagażnika i weszli do windy. Jeden z naukowców wybrał piętro Minus Sześć.
- Wciśnij jeszcze Trójkę - polecił czarnowłosy, wysoki mężczyzna - Szef mnie wzywa.

Czarnowłosy miał na imię James Holings i był kapitanem tutejszej placówki badawczej. Każda szanująca się kolonia powinna taką mieć. Hoarnis II była jedną z takowych.

Hoarnis II była położona kilka miliardów lat świetlnych od Układu Słonecznego w tak zwanych Rubieżach. Mimo odległości planeta cieszyła się częstymi odwiedzinami handlarzy. Pod powierzchnią Hoarnis kryły się rozległe pokłady opatium. Ten drogocenny metal był ceniony ze względu na swoje niezwykłe właściwości. W produkcji statków kosmicznych idealnie zastępował wszelkie inne stopy. Roztopione sztaby wystarczyło wlać do odpowiedniej formy.

Pomimo częstego występowania na planetach znanych ludzkości opatium nie należy do tanich surowców. Dużo trudności sprawiało samo dostanie się do złóż. Dla górników podstawowym problemem było drążenie na głębokościach oddalonych o kilometr od powierzchni planety. Inaczej sytuacja miała się na gorących planetach gdzie opatium wystarczyło "wyłowić". Chociaż i w takie kopalnie trzeba było sporo zainwestować na warunki do życia górnikom.

Najtrudniejsza sytuacja była na planetach o łagodnym temperamencie. Najpierw z pomocą satelity o odpowiednim skanerze należało ustalić współrzędne złoża i wybrać to najkorzystniejsze. Później należało wykonać jak najgłębszy odwiert. Z pomocą statku górniczego - Mangusty, wyposażonego w wiertło o długości sześciuset metrów i stu metrów w najszerszym punkcie lądowało się w wyznaczonym miejscu i tam olbrzymia machina rozkładała swoje łapy, które ją stabilizowały. W środku powstałego leju montowano Pierwszą Bazę Przesyłową zajmującą się wywozem śmieci i transportem rudy do hut wybudowanych nieopodal leja. Dodatkowo Pierwsza Baza zajmowała się działaniami niepozwalającymi na osunięcie się wejścia do kopalni. Druga Baza znajdowała się na dnie. Jej zadaniem było poszerzanie i pogłębianie. Druga Baza drążyła szeroki pionowy tunel do złóż, w którym później montowano windę zdolną pomieścić osiem tirów ustawionych obok siebie.

Hoarnis II jest planetą, której powierzchnia pokrywa gruba warstwa śniegu. Klimat jest gwałtowny i nieprzewidywalny. Nieregularnie, co kilka miesięcy rozpoczyna się bardzo silna zamieć. Prędkość wiatru dochodzi do 110 km/h. Z tego powodu nie powstały żadne większe konstrukcje na powierzchni. Koloniści z placówki nazwanej, o ironio, Sommersand wymyślili, że skryją się pod ziemią. Do budowy podziemnego miasteczka nie zostały użyte Mangusty. Wynajęci naukowcy przepowiadali prognozę pogody i w okresie ciszy i spokoju pomiędzy burzami górnicy drążyli twardą skałę. W czasie, kiedy powierzchnia planety stawała się bardzo niegościnna górnicy mieszkali na olbrzymim i przestarzałym frachtowcu "Feniks" dryfującym po orbicie Hoarnis.

Warunki pogodowe wiele razy zaskakiwały kolonistów. Dużo pracowników zamarzło nie zdążywszy dobiec do promów, a niepochowane maszyny górnicze zostały porwane przez wichurę. Często nawet wahadłowce nie były w stanie przebić się przez huragan. W końcu jednak zawziętość kolonistów doprowadziła do sukcesu. Pierwsze piętro zdatne do zamieszkania zostało wykute. Nic teraz nie mogło powstrzymać ekspansji zdobywców. Wysokie koszty budowy miały się wkrótce spłacić. Jednak nie korzystając z Mangust termin dokopania się do pokładów opatium straszliwie wydłużał się w nieskończoność. W końcu kierownik przedsięwzięcia zadecydował, że należy wykonać odwiert. Nie w miejscu kolonii, lecz dwa kilometry dalej. Złoża tam były mniejsze, ale obiecujące. Wystarczyły do spłacenia narastającego kredytu. Niedługo potem kopalnia została otwarta, a cenne opatium masowo wydobywane. Pierwszy transport był bardzo dochodowy. Wykupiono specjalnie zmodyfikowane łaziki do pracy w niskich temperaturach. Rozpoczęto budowę podziemnej kolejki, która miała umożliwić korzystanie z kopalni nawet w czasie burzy śnieżnej.

Wszystko szło dobrze. Do pewnego czasu...

Kilka miesięcy później podczas testowania kolejki podłoże zawaliło się pod pociągiem gdzieś w połowie drogi. Wielka lokomotywa znikła w czarnej, bezkresnej dziurze. Koloniści byli zszokowani. Przywódca natychmiast wysłał tam ekipę badawczą. Okazało się, że pustka kryje w sobie coś niesamowitego. Podziemną dżunglę. Roślinność była bardzo niezwykła w swej odmienności. Większość roślin była czarna, bordowa, bądź ciemnofioletowa. Po godzinie ekipa przestała nadawać komunikaty. Zaniepokojeni dowódcy wysłali tam, uzbrojoną w karabiny, ekipę ratunkową. Znowu utracono kontakt. Burmistrz nakazał, aby wszyscy wycofali się z tunelu. Zamknięto bramę w Środkowej Stacji. Zatrzaśnięto klimatyzację i wyłączono ogrzewanie. Na stacji została mała ekipa mająca zabezpieczyć pomieszczenia przed zimnem. Ostatnia działająca kamera z noktowizją ukazała im jak jeden przerażony milicjant wybiegł z dziury. Coś na niego naskoczyło i bardzo szybko uśmierciło. Przerażeni konserwatorzy bardzo szybko opuścili Środkową Stację.
Stacja Docelowa znajdująca się najbliżej kolonii również zawarła wrota.

Opowieści przyniesione przez ostatnią ekipę zostały uciszone. Nikt nie chciał paniki i masowej ucieczki górników. Zbyt wiele zainwestowano w projekt, aby go teraz przerwać. Cisza trwała przez rok. Aż do teraz.

James Holings wysiadł z windy i udał się przez opuszczony korytarz do biura administracji. Było cicho gdyż większość kolonistów zajmowało się grzybnią. Reszta prowadziła konserwację generatorów i kaloryferów rozmieszczonych gęsto po całym Sommersand. Stanął przed drzwiami o numerze A-1. Skaner odczytał rysy jego twarzy i wpuścił do środka.
- Witam, panie Holings - odezwał się kobiecy głos Sztucznej Inteligencji - Pan Forssen oczekuje pana w swoim biurze.
James'a poraził przepych biura. Przez chwilę zastanawiał się czy to nie zwykły hologram, iluzja. Wiśniowe biurko. Pełno półek z książkami, w dzisiejszych czasach będących reliktem przeszłości i stanowiących dla kolekcjonerów niezwykłą wartość.
Młody mężczyzna był obrzydzony tym, pełnym przepychu, widokiem. Większość górników ledwo ciułała na chleb.
Za biurkiem siedział porządnie zbudowany mężczyzna o kwadratowej i raczej nieeleganckiej twarzy. Wstał od razu, kiedy Holings przekroczył próg i przywitał się uściśnięciem dłoni. Miał na sobie staromodny garnitur. Turkusowy krawat szczególnie irytował kapitana ekipy badawczej.
- Whiskey? - zaproponował burmistrz o twarzy przestępcy.
- Nie, dziękuję - odpowiedział grzecznie Holings, po czym zapytał: - O co chodzi?
Forssen wskazał fotel i poprosił żeby jego gość usiadł. James usłuchał. Elegant zatarł ręce jakby z zimna, chociaż w biurze nie było wcale chłodno, i spojrzał poważnie na kapitana.
- Sytuacja jest bardzo kiepska.
- To znaczy?
Forssen poptarzył na James'a z nieukrywaną irytacją.
- To znaczy, że jeśli prognozy, które przynosisz są kiepskie to nasza sytuacja jest bardziej niż zła. Rzekłbym, że jest do dupy.
- Po co od razu ten pesymizm? - James chciał podrażnić się z burmistrzem.
- Czyli pogoda wkrótce się zmieni? - zabrzmiała nutka nadziei w głosie Forssena.
- Nie - odpowiedział krótko Holings obserwując z satysfakcją jak elegant czerwieni się ze złości.
Po chwili buraczana czerwień rozpłynęła się na twarzy burmistrza ustępując lekko różowej barwie.
- To nie mamy wyboru - podsumował kiwając głową - Należy otworzyć kolejkę.
James popatrzył na Forssena nie rozumiejąc.
- Nie patrz się tak jakbyś pierwszy raz złapał się za stojącą kuśkę - burknął gniewnie elegant - Nasze zapasy paliwa gwałtownie się kurczą. Nie dostaniemy żadnego wsparcia od rządu. Zapomniałeś? Jesteśmy niezależną firmą.
Holings skinął głową, że rozumie.
- Jeśli zamieć będzie utrzymywać się dalej... Kupcy przestali się tu kręcić gdyż poznali prognozy. Doskonale zdają sobie sprawę, że żaden wahadłowiec nie oderwie się od ziemi w czasie burzy. Żaden rozsądny kapitan nie wyląduje frachtowcem. Zresztą nie ma nawet na czym. Lądowisko było nieodśnieżane i tylko ta całą grupa najemników... jak im tam było?
- "Szkarłatne Wyżły" bodajże.
- No. Właśnie. Kapitan zaryzykował i wylądował w czasie tej zimnicy. Teraz pluje sobie w brodę.
- W ogóle skąd oni się tu wzięli? Co ich skłoniło żeby tak narażać okręt?
- Skąd mam wiedzieć? - odparł Forssen poirytowany - Latają tu i ówdzie pobić się dla kasy. A przecież w Rubieżach nie ma się z kim bić. Piraci preferują atakować statki niż kolonie. Najmniejszych się atakować nie opłaca, a największe mają systemy obronne.
James miał nieodparte wrażenie, że burmistrz kłamie. Nie skomentował tego jednak tylko zmienił temat.
- Co z tym tunelem?
- Ty i twoja drużyna, razem z milicją i najemnikami macie za zadanie naprawić tory.
- Czyli co? Mamy otworzyć Bramy? Wiesz doskonale, co tam się wtedy stało.
- Wiem, ale nie mamy wyboru. Znaczy mamy. Albo zamarznąć albo działać. Wybieram to drugie.
- Narazisz ludzi...
- Narażę całą kolonię jak nic nie zrobię - Forssen nie ustąpił - Ciesz się, że pomyślałem o tym żeby dać twojej grupie możliwość zbadania obcych. Kiedy wy będziecie biegać z próbówkami, najemnicy zabezpieczą teren, a inżynierowie zaleją dziurę betonem i naprawią szyny.
- Cieszę się niezmiernie - odpowiedział Holings wstając.

Drużynę prowadziły cztery czteronożne mechy najemników. Uzbrojone w wiertła, spawacze oraz miotacze ognia miały stanowić trzon ekspedycji. Grupie przewodziła pani weteran, pułkownik Agma Duelfist. Blondynka i szerokiej twarzy i surowym spojrzeniu wydawała komendy warkliwym tonem.
Po kwadransie szybkiego marszu ekspedycja dotarła do Środkowej Stacji. Było czysto. Gdyby nie szron, który wszystko pokrywał stację można było uznać za nienaruszoną od czasu ewakuacji.
Grupa milicjantów zajęła się uruchamianiem generatorów. Rozbłysły niebieskie halogenowe światła. Obrazy kamer nie pokazywały mętną poświatę zewnętrznego świata. Coś musiało oblepić soczewki.
Mechy ustawiły się parami, przodem do wrót. Nie włączono wentylacji toteż było bardzo duszno. Szczęśliwie kombinezony były wyposażone w odpowiednią mieszankę powietrza.

Wrota zostały otwarte. Stare, nienaoliwione mechanizmy zaskrzypiały dziko. Nagle spomiędzy rozjeżdżających się metalowych płyt zaczął lecieć zielonkawy płyn.
Kilku robotników westchnęło głośno. Pani pułkownik kazała pilotom mechów otworzyć ogień. Szeroki strumień gorąca wystrzelił z miotaczy ognia paląc napotkaną ciecz. Para unosiła się gęsto.W powietrzu można było poczuć nieprzyjemny zapach.
- Przerwać ostrzał - szczeknęła oficer i spojrzała na James'a - Pańska drużyna przodem.
Holings skinął głową, spojrzał na naukowców.
- Słyszeliście. Bierzmy się do roboty. Z każdego okazu bierzcie po trzy próbki.
Ludzie ubrani w białe kombinezony wyszli przed maszyny kroczące. Ujrzeli symetrycznie wykutą skałę pokrytą czarnym kożuchem czarnego mchu i czegoś co przypominało pleśń. Czym prędzej wyjęli próbki i zaczęli zbierać wszystko co uznali za najważniejsze.

James Holings spojrzał w ciemność tunelu. Światło reflektorów wcale nie rozjaśniało terenu. Było pożerane przez obce rośliny. W głębi otchłani było coś jeszcze. Jakaś niewyraźna sylwetka wysokiej i smukłej istoty. Wyjął latarkę i zwiększył jej intensywność. W promieniu światła błysnęły oczy po czym zniknęły. Kapitan poczuł nieprzyjemne mrowienie w okolicy pleców. Czuł jak dostaje gęsiej skórki. Szarpnął nim dreszcz.
- P-powinniśmy wracać... - zająknął się - Drużyna. Wróćcie za bram...
Nagle poczuł ból w okolicy potylicy. Po chwili ustąpił miejsca paraliżowi. James nie mógł się ruszyć. Przed oczami widział małe zjawy światełek. Jego głowa oparła się niewygodnie o ścianę tunelu. Zwalił się na ziemię. Dusił się. Zobaczył ciemność...

Opowiadanie Fantastyczno-naukowe naukowe już o 18:00 dnia dzisiejszego!

poniedziałek, 31 marca 2014

Następne opowiadanie w kolejną niedzielę (06.04.14). Tym razem zgłębimy realia życia na nieprzyjaznej kolonii. Problemem będą nie tylko ludzie i ciągle psujące się maszyny. Niebezpieczeństwo leży głębiej...

"Nie ma to jak ścigacz" - Opowiadanie na konkurs

NIE MA TO JAK ŚCIGACZ


Przez rozległą, płaską, kamienistą pustynię przesuwała się beżowo szara chmura kurzu. Na jej czele pędził ścigacz z krępym jegomościem w siodle. Jego długa, kruczoczarna broda trzepotała na wietrze. Nieznajomy wędrowiec przetarł swoją lewą dłonią zakurzone okulary. Prawa ręka metalicznie lśniła w słońcu. Była zaawansowaną protezą doskonale przystosowaną do potrzeb użytkownika (przynajmniej według producenta). Od dłoni do łokcia była skonstruowana ze sztucznego tworzywa.
Motocyklista rozejrzał się po okolicy. Sucho, gorąco i pusto. Na wszystkich przodków, jak on nie znosił Zachodnich Granic! Nawet diabeł nie chciałby tutaj mieszkać, a co dopiero organiczne istoty. Zatrzymał się na chwilę i wypił izotoniczny napój ze swojej manierki ukrytej w bagażniku pojazdu. Mruczał wściekle, przeklinając skwar i sączył napój. Zrzęda miał na imię Gambir. Pochodził z surowego, karlego ludu zamieszkującego Wyżyny Readista. Mimo, iż jest ich przedstawicielem to całkowicie do nich nie pasował. Zamiast rudych włosów miał czarne, a nos długi i zgrabny, podczas gdy jego współbracia mieli wielkie, grube kichawy przypominające soczyste rzodkiewki. Już na pewno zachowanie całkowicie nie pasowało do stereotypowego Readistanina. Chociaż narzekanie zostało wyssane z mlekiem matki to Gambir był o wiele bardziej wesołym i mniej gburowatym krasnoludem niż jego bracia.
Gdzieniegdzie wystawały z popękanej ziemi kępki suchej trawy delikatnie pochylając się w stronę wschodu. Właśnie w tą samą stronę kierował się krasnolud. Gdy skończył pić wskoczył z powrotem na ścigacza i ruszył. Spojrzał w niebo. Wysoko na pięknym, granatowym nieboskłonie rysowały się sylwetki tutejszego ptactwa. Gdyby ryk silnika nie zagłuszał wszystkiego można by było usłyszeć jak pieją.
Po kilku minutach na horyzoncie pojawił się jakiś niewyraźny kształt. Kierowca skręcił swój pojazd w tamtym kierunku i przyspieszył. Okazało się, że jest to kompleks budynków. Pierwszy z nich był urządzony w stylu miasta przemysłowego Hadjy. Był to pub "Studnia Życia". Wielki neon oznajmiał, że jest otwarte. Kiedyś, bardzo dawno temu Gambir był tutaj. Knajpa nazywała się wtedy "Pustynny Melanż" i według niego nazwa była tak samo kiepska jak ówczesny właściciel.
Co do nowej nazwy to bardzo pomysłowe, mruknął sam do siebie brodacz przyglądając się wielkiemu szablonowi na płaskim dachu. Niecałe pięćdziesiąt metrów dalej stała wielka aparatura zaopatrująca w wodę pozostałe budynki. Niewiele się zmieniło, skwitował Gambir w myślach i wjechał do garażu dla gości. Zaparkował w pierwszym lepszym miejscu. Wyłączył napęd rakietowy. Powoli zmniejszał siłę generatorów anty-grawitacyjnych aż jego ścigacz opadł całkowicie na ziemię. Maszyna westchnęła, kiedy wyciągnął z niej klucz. Zeskoczył z niej i przeciągnął się tak, że strzeliły mu stawy.
- Nie martw się maleńka - niski mężczyzna poklepał czule maszynę po siedzeniu - Tatuś załatwi parę spraw i wracamy do domu.
Większość miejsc parkingowych była wolna. Były tylko dwa pustynne motocykle oraz jeep. Oznaczenia tego samochodu były znajome. Wóz zdecydowanie należał do Nathana, co oznaczało, że już jest na miejscu. To dobrze.
Brodaty mężczyzna wyszedł z chłodnego pomieszczenia prosto w palące płuca, gorące powietrze. Siarczyście zaklął i narzekając na pustynne warunki poprawił skórzany pasek od spodni. Kolba z rewolwerem 20 mm zastukała o plastykowe elementy kombinezonu. Dla pewności sprawdził czy broń jest naładowana. Tylko trzy naboje. W razie kłopotów resztę będzie musiał wykończyć napastników własnoręcznie. Splunął niezadowolony. Nie lubił brudzić sobie rąk. Otworzył drzwi do pubu. Kroczył powoli, dokładnie lustrując wygląd pomieszczenia.
Kilkanaście tanich stolików. Równie tanie krzesełka. Lada pokryta imitacją drewna. Półki pełne najróżniejszych alkoholi. Przy dokładniejszym przeszukaniu znalazłoby się kilka trunków z rodzinnych stron Gambira. Dalej stał wysokiej jakości telewizor. Zdziwił się trochę widząc taką rozrzutność gospodarza. Pudło działał i aktualnie nadawało przemowę jakiegoś polityka, którego kompletnie nie kojarzył. Prawie się przewrócił, kiedy zobaczył najbardziej przerażający widok w całym swoim życiu. Paskudny barman wyrósł chyba z pod ziemi.
- Witam - zachrypiało coś, co kiedyś być może przypominało człowieka - Czym mogę służyć?
Gambirowi bardzo nie podobało się jak na niego patrzył. Tutaj nawet nie chodziło o to, że patrzył się na niego góry. Był bardzo niski tak jak większość jego ludu. Ledwo wystawał zza lady, która dorosłemu człowiekowi sięgałaby do pasa. W oczach barmana ukrywały się złowrogie iskierki. Gambir znał się na ludziach i innych istotach myślących i potrafił poznać, kiedy ktoś jest skrajnie pozbawiony skrupułów. Chyba jednak poprzedni właściciel był lepszy. Przynajmniej nie wyglądał tak ohydnie, podsumował gorzko. Ale skurwysynem był takim samym.
- Poproszę... - karzeł zastanowił się czy ten obleśny brzydal nie dosypie mu czegoś do napoju - ...whisky. Podwójną.
Barman skinął głową i zajął się zamówieniem. Tymczasem on przyjrzał się dwójce innych gości, którzy siedzieli w najdalszym kącie jadalni. Wydawało się, że nic nie mówili, ale wyjątkowo czuły słuch naszego podróżnika usłyszał szepty. Byli podnieceni dostaniem się do jakiejś wyjątkowej grupy. Pierwszy był ogolony na łyso, drugi zaś miał twarz całą w bliznach. Gambir węszył kłopoty, ale póki co nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi. Stuknięcie szklanki wybiło go z zamyślenia. Sięgnął po alkohol. Długo przyglądał się ciemnemu płynowi szukając jakichkolwiek oznak trucizny. Barman, w tym czasie, gdzieś sobie polazł. I dobrze, odetchnął Gambir z wyraźną ulgą.
Po kilkunastu minutach cichociemna dwójka zaszła karła od tyłu. Ten usłyszał tylko metaliczny dźwięk wysuwającego się noża. Błyskawicznie dobył rewolweru i obrócił się w stronę napastników.
- Nawet nie próbuj - warknął Gambir przez zaciśnięte zęby celując w łysego dryblasa z wyciągniętym ostrzem - Bo obiecuję, że Cię stara nie pozna.
Z telewizora dobiegły dźwięki oklasków i gwizdów. Przemowa polityka doszła do momentu kulminacyjnego.
Żyjemy wśród wielu ras. Razem żyjemy w pokoju i tolerancji! Ale wśród nas zalęgło się robactwo!
Przeciwnik zaśmiał się okrutnie. Jego głowa w kilka sekund została otoczona przez samo-składający się hełm. Drugi uczynił podobnie. Rzucili się na krasnala. Ten nie czekając zeskoczył z wysokiego krzesełka i wystrzelił do tego, który był najbliżej. Pocisk odbił się od jasnego pancerza zaledwie pozostawiając rysę. Sukinkoty mają najnowsze zbroje!
Robactwo, które drąży podstawy naszej społeczności! Pasożyty, o których mówię to rasiści!
Gambir złapał za krzesło i uderzył w szarżującego nań przeciwnika. Bandyta poleciał gwałtownie do tyłu. Ma się tą siłę w łapie, pomyślał zadowolony szczerząc zęby w uśmiechu. Uchylił się przed prawym sierpowym drugiego napastnika, który nagle doskoczył do niego. Odrzucił zepsute krzesło i zamachnął się swoją żelazną dłonią w stronę opancerzonej głowy człowieka. Metal zachrzęścił o metal.
Łączą się w grupy, często nawet legalne! Podjudzają ludzi przeciwko innym rasom! Burzą pokój i porządek! Więc mówię wam: Sprzeciwmy się nietolerancji! Powiedzmy koniec legalnemu uciskowi nieludziom! Od teraz niech nikt nie podnosi ręki na przedstawiciela innej rasy. Jesteśmy braćmi i powinniśmy żyć w pokoju jak do tej pory!
Bandyta padł plackiem na ziemię. Gambir nie mógł dostrzec czy jest on tylko ogłuszony, czy zabity. Pierwszy  bandyta zerwał się na równe nogi, złapał stolik i cisnął nim w krasnala. Ten odskoczył. Nie zdołał uniknąć pocisku, który trafił go w ramię. Zasyczał z bólu. Nie ma z nimi szans nawet, jeżeli teraz walka jest wyrównana. To tylko kwestia czasu, kiedy się zmęczy. Wrzucił szybko pistolet do kolby i czym prędzej wybiegł z pubu. Dobiegły go jeszcze słowa polityka:
 Niech rasistowskie szumowiny udławią się swoimi przekleństwami.
Mimo stosunkowo krótkich nóg krasnolud pędził jak burza. Usłyszał za sobą tłuczone szkło i niezrozumiałe wrzaski. Gambir mimowolnie przyspieszył. Wpadł do garażu. Jeep Nathana nadal stał, ale jego samego nigdzie nie było widać. Nigdy go nie ma jak go potrzeba, fuknął Gambir rozeźlony. Doskoczył do swojego ścigacza i pospiesznie wyciągnął klucz z kieszeni. Uruchomił go wsadzając elektroniczne urządzenie do stacyjki i przekręcając je dwukrotnie.
- Dalej maleńka - szeptał niecierpliwie do rozgrzewającej się maszyny - Daleeej!
Silnik motocykla w pełni zaskoczył, kiedy krasnolud szarpnął za sprzęgło. Gwałtownie zwiększył obroty generatorów. Pojazd podskoczył i prawie wyrżnął w sufit. Gambir obeznany w swojej maszynie sprawnie nią pokierował i wyleciał z rykiem  na pracującym na maksa napędzie. Prawie potrącił wbiegającego bandytę, który zabulgotał coś niewyraźnie.
Gambir odjechał już spory kawałek od pubu, gdyż ten powoli znikał za horyzontem. Zastanowił się, co teraz zrobić. Podejrzewał, że będą go ścigać. Jakby w odpowiedzi na jego myśli usłyszał za sobą głośny, mechaniczny warkot. Odwrócił się. Zobaczył jak jego prześladowcy nadjeżdżają. Szlag by to! Mieli karabiny pulsacyjne. Jednak domyślił się, że nie będą strzelać. Nie zrobili tego wcześniej, więc pewnie chcą go dorwać żywcem. Przyspieszył jeszcze bardziej. Oni jednak zbliżali się z każdą chwilą. Kiedy byli już naprawdę blisko nasz brodacz gwałtownie skręcił w prawo odbijając się od ziemi, niczym piłeczka, dzięki chwilowemu zwiększeniu poziomu anty-grawitacji. Zaskoczeni bandyci nie zdążyli nawet zareagować. Rozpędzeni pojechali dalej. Gambir zyskał kilka sekund przewagi. Jego motocykl miał porządne przyspieszenie. Ścigacze tamtych należały do rodzaju pustynnych. Projektanci ich pojazdów przedłożyli szybkość nad zwrotność i przyspieszenie. Zanim ponownie się rozpędzili krasnal był z powrotem przy barze. Ku jego zaskoczeniu, z knajpy wyskoczył barman z trójbeltówką i strzelił w jego stronę. Nad uchem Gambira ze świstem przeleciały trzy pociski. Karzeł wściekł się. Dodał gazu i nakierował się prosto na wstrętnego brzydala. Ten przeładowywał niezręcznie i nerwowo strzelbę. Gdy zobaczył, że nie zdąży jej nabić uskoczył. Gambirowi udało się kopnąć go w dupsko. Zrobił to z takim impetem, jakim nie powstydziłby się rozjuszony koń obecnością weterynarza. Obrzydliwiec poleciał na twarz i najadł się piachu. Ścigacz krasnoluda wykonał niekontrolowaną beczkę i zaskoczony Gambir spadł głową na ziemię. Maszyna po kilku przejechanych metrach zawisła nieruchomo w powietrzu.
Krasnolud leżał ogłuszony twarzą w dół. Nie mógł się ruszyć. Czuł, że niedługo zabraknie mu powietrza. Przeraziła go myśl całkowitego paraliżu. Straszliwie rozbolał go kręgosłup na wysokości łopatek. Zacisnął zęby i wykorzystał całą siłę woli do przewrócenia głowy na bok. Udało się. Patrzył teraz w stronę knajpy, którą minął. Zobaczył jak barman podnosi się z ziemi i otrzepuje się z piachu. W Gambirze ponownie rozpłynęła się, niczym lawa, nienawiść. Jak ten pieprzony małpiszon, zasrany rasista… (tutaj nasz bohater użył całego mnóstwa najwulgarniejszych określeń, jakie był w stanie wymyślić przy okazji wydając z siebie rozmaite dzikie warknięcia i pomruki, które przeraziłyby niejednego grubego zwierza) … tutaj podejdzie to będzie wyglądał jeszcze gorzej niż wygląda teraz. A patrząc na tą jego krzywą mordę to chyba już nic nie będzie mogło wyglądać gorzej.
W ten oto sposób Gambir ciskając niesłyszalne gromy w znienawidzonego właściciela „Studni Życia” powoli wstał z ziemi podpierając się rękoma. Kiedy zobaczył jak barman idzie w jego stronę, ból przeszedł mu zupełnie. Nagle zerwał się jakby zupełnie nic mu nie dolegało i rzucił się cwałem w stronę jego źródła nienawiści. Źródło nienawiści natomiast szło pewnym korkiem w stronę krasnoluda i z wycelowaną przed siebie strzelbą. Gdy barman dostrzegł, że nieludź szarżuje na niego zaśmiał się gardłowo. Jego uśmiech szybko znikł, kiedy dostrzegł piekielną furię w oczach krasnoluda. Wnet włos zjeżył mu się na głowie. Upuścił broń i zaczął uciekać w panice. Gambir zaryczał jak niedźwiedź, na co barman przyspieszył.
Tymczasem bandyci wrócili. Zajechali drogę krasnoludowi.
- Koniec zabawy karle! – szczeknął głośno rozzłoszczony dryblas celując długą lufą karabinu prosto w czoło dyszącego Gambira – Teraz nasza kolej na robienie sobie żartów.
Na skroni krasnoluda pojawiła się kropla potu. Zagryzł nerwowo wargę. Miał jeszcze dwa naboje w magazynku swojego rewolweru. Miał jednak małą szansę żeby zdążyć im coś zrobić, zanim  go rozstrzelają. Wtem potężny huk zagłuszył dźwięki ścigaczy. Nagle hełm jednego z napastników rozpadł się, jakby eksplodował i martwy osunął się na ziemię. Drugi ledwie zdążył unieść karabin i sam padł bezwładnie na ziemię z głośnym trzaskiem. Krasnolud obrócił się w stronę wybawcy. Nathan stał po żołniersku ze swoją Słoniową Strzelbą. Był to młodzieniec o blond włosach i kilkudniowym, zbójeckim zaroście.
- Za każdym razem muszę cię ratować – uśmiechnął się zawadyjacko przewieszając broń przez plecy.
Gambir odetchnął z ulgą. Podszedł do przyjaciela.
- Gdzieżeś był, głąbie?! – warknął na niego z udawaną złością – Mogłem zginąć!
Człowiek zaśmiał się i zagwizdał: - Musiałem załatwić kilka spraw z moją kobietą… -
- Och tak! – obruszył się Gambir oczekując, że sprowokuje Nathana – Zapamiętam to sobie!
- Kim były te typy? – zaciekawił się blondyn przypatrując się pancerzom bandytów. Z garażu wyjechał jeep. Prowadziła kobieta o takim samym kolorze włosów jak Nathan.
- Cholera wie – westchnął krasnolud – Mają jakiś znak na ramieniu.
- Znak „Wszechwiedzącego”… Należeli do grupy rasistowskiej.
- To by tłumaczyło, dlaczego zaatakowali mnie bez powodu…
- Człowiek to głupie bydlę – stwierdził Nathan ze smutkiem kiwając głową – Zawsze znajdą sobie powód do zaspokajania swoich zwierzęcych potrzeb.
- Zgadzam się – potaknął głową krasnolud – Nie tylko oni tacy są… Jedziemy?
- Pewnie – powiedział Nathan – Zabierzmy im tylko sprzęt. Szkoda, by było gdyby tak zardzewiał na pustyni.

Gambir cmoknął zniesmaczony, ale ostatecznie przyznał swojemu przyjacielowi rację. Szkoda było to tak tutaj zostawić. Wrócił po swój motocykl. W tym czasie Nathan i jego dziewczyna załadowali pustynne ścigacze na pakę. Słońce powoli zachodziło za linie horyzontu. Podróż w nocy motocyklem jest o wiele bardziej przyjemniejsza niż podróż jeepem. Oj tak. Nie ma to jak ścigacz.