"Ryzyko, bez końca"
Przez lodowate pustkowie pełznął mały, żukowaty pojazd. Uzbrojony w gąsienice zmagał się z głębokim śniegiem. Reflektory z trudem przegryzały się przez całun ciemności. Wielka zamieć oblepiała gęsto kadłub. Po godzinie jednostajnej jazdy, łazik dotarł do tunelu wystającego z klifu. Był ledwo widoczny w ciemnościach jednak kierowca z łatwością poradził sobie z jego odnalezieniem. Nie był to w końcu jego pierwszy wyjazd na niegościnną powierzchnię planety.
Załoga pojazdu nie wysiadła jeszcze. Pierwszy Podjazd był zbyt zimny dla człowieka. Pojazd pojechał dalej. Wkrótce zniknął pod skałą. Im głębiej zjeżdżał tym było cieplej. Odgłos zgrzytliwego silnika odbijał się echem od skalnego sklepienia. Gąsienice pojazdu przeszły w tryb zwykły wsuwając "narty".
Po kilku minutach łazik dotarł do grubych, metalowych drzwi. Kierowca skontaktował się z Centralą i wąskie wrota rozwarły się z hukiem. Za nimi znajdował się oświetlony i ciepły korytarz. Kierowca wyłączył reflektory i wjechał do środka. Drzwi wejściowe z powrotem zamknięto. W dodatniej temperaturze śnieg oblepiający karoserię pojazdu zaczął szybko topnieć i odpadać. Drugi Podjazd prowadził prosto do Garażu.
- Spychacz-Jeden, tu Baza - odezwał się strażnik kolonii przez radio - Witajcie z powrotem.
- Baza, tu Spychacz-Jeden. Dziękuję i wjeżdżam do garażu.
- Spychacz-Jeden. Przyjąłem. Zajmijcie stanowisko numer Cztery.
- Wykonuję. Bez odbioru.
Spychacz wjechał do szerokiej sali o kolistym sklepieniu. Zajął przydzielone miejsce i kiedy zgasł silnik, załoga opuściła go. Tupocząc twardym obuwiem o betonową podłogę wyjęli długą skrzynkę z bagażnika i weszli do windy. Jeden z naukowców wybrał piętro Minus Sześć.
- Wciśnij jeszcze Trójkę - polecił czarnowłosy, wysoki mężczyzna - Szef mnie wzywa.
Czarnowłosy miał na imię James Holings i był kapitanem tutejszej placówki badawczej. Każda szanująca się kolonia powinna taką mieć. Hoarnis II była jedną z takowych.
Hoarnis II była położona kilka miliardów lat świetlnych od Układu Słonecznego w tak zwanych Rubieżach. Mimo odległości planeta cieszyła się częstymi odwiedzinami handlarzy. Pod powierzchnią Hoarnis kryły się rozległe pokłady opatium. Ten drogocenny metal był ceniony ze względu na swoje niezwykłe właściwości. W produkcji statków kosmicznych idealnie zastępował wszelkie inne stopy. Roztopione sztaby wystarczyło wlać do odpowiedniej formy.
Pomimo częstego występowania na planetach znanych ludzkości opatium nie należy do tanich surowców. Dużo trudności sprawiało samo dostanie się do złóż. Dla górników podstawowym problemem było drążenie na głębokościach oddalonych o kilometr od powierzchni planety. Inaczej sytuacja miała się na gorących planetach gdzie opatium wystarczyło "wyłowić". Chociaż i w takie kopalnie trzeba było sporo zainwestować na warunki do życia górnikom.
Najtrudniejsza sytuacja była na planetach o łagodnym temperamencie. Najpierw z pomocą satelity o odpowiednim skanerze należało ustalić współrzędne złoża i wybrać to najkorzystniejsze. Później należało wykonać jak najgłębszy odwiert. Z pomocą statku górniczego - Mangusty, wyposażonego w wiertło o długości sześciuset metrów i stu metrów w najszerszym punkcie lądowało się w wyznaczonym miejscu i tam olbrzymia machina rozkładała swoje łapy, które ją stabilizowały. W środku powstałego leju montowano Pierwszą Bazę Przesyłową zajmującą się wywozem śmieci i transportem rudy do hut wybudowanych nieopodal leja. Dodatkowo Pierwsza Baza zajmowała się działaniami niepozwalającymi na osunięcie się wejścia do kopalni. Druga Baza znajdowała się na dnie. Jej zadaniem było poszerzanie i pogłębianie. Druga Baza drążyła szeroki pionowy tunel do złóż, w którym później montowano windę zdolną pomieścić osiem tirów ustawionych obok siebie.
Hoarnis II jest planetą, której powierzchnia pokrywa gruba warstwa śniegu. Klimat jest gwałtowny i nieprzewidywalny. Nieregularnie, co kilka miesięcy rozpoczyna się bardzo silna zamieć. Prędkość wiatru dochodzi do 110 km/h. Z tego powodu nie powstały żadne większe konstrukcje na powierzchni. Koloniści z placówki nazwanej, o ironio, Sommersand wymyślili, że skryją się pod ziemią. Do budowy podziemnego miasteczka nie zostały użyte Mangusty. Wynajęci naukowcy przepowiadali prognozę pogody i w okresie ciszy i spokoju pomiędzy burzami górnicy drążyli twardą skałę. W czasie, kiedy powierzchnia planety stawała się bardzo niegościnna górnicy mieszkali na olbrzymim i przestarzałym frachtowcu "Feniks" dryfującym po orbicie Hoarnis.
Warunki pogodowe wiele razy zaskakiwały kolonistów. Dużo pracowników zamarzło nie zdążywszy dobiec do promów, a niepochowane maszyny górnicze zostały porwane przez wichurę. Często nawet wahadłowce nie były w stanie przebić się przez huragan. W końcu jednak zawziętość kolonistów doprowadziła do sukcesu. Pierwsze piętro zdatne do zamieszkania zostało wykute. Nic teraz nie mogło powstrzymać ekspansji zdobywców. Wysokie koszty budowy miały się wkrótce spłacić. Jednak nie korzystając z Mangust termin dokopania się do pokładów opatium straszliwie wydłużał się w nieskończoność. W końcu kierownik przedsięwzięcia zadecydował, że należy wykonać odwiert. Nie w miejscu kolonii, lecz dwa kilometry dalej. Złoża tam były mniejsze, ale obiecujące. Wystarczyły do spłacenia narastającego kredytu. Niedługo potem kopalnia została otwarta, a cenne opatium masowo wydobywane. Pierwszy transport był bardzo dochodowy. Wykupiono specjalnie zmodyfikowane łaziki do pracy w niskich temperaturach. Rozpoczęto budowę podziemnej kolejki, która miała umożliwić korzystanie z kopalni nawet w czasie burzy śnieżnej.
Wszystko szło dobrze. Do pewnego czasu...
Kilka miesięcy później podczas testowania kolejki podłoże zawaliło się pod pociągiem gdzieś w połowie drogi. Wielka lokomotywa znikła w czarnej, bezkresnej dziurze. Koloniści byli zszokowani. Przywódca natychmiast wysłał tam ekipę badawczą. Okazało się, że pustka kryje w sobie coś niesamowitego. Podziemną dżunglę. Roślinność była bardzo niezwykła w swej odmienności. Większość roślin była czarna, bordowa, bądź ciemnofioletowa. Po godzinie ekipa przestała nadawać komunikaty. Zaniepokojeni dowódcy wysłali tam, uzbrojoną w karabiny, ekipę ratunkową. Znowu utracono kontakt. Burmistrz nakazał, aby wszyscy wycofali się z tunelu. Zamknięto bramę w Środkowej Stacji. Zatrzaśnięto klimatyzację i wyłączono ogrzewanie. Na stacji została mała ekipa mająca zabezpieczyć pomieszczenia przed zimnem. Ostatnia działająca kamera z noktowizją ukazała im jak jeden przerażony milicjant wybiegł z dziury. Coś na niego naskoczyło i bardzo szybko uśmierciło. Przerażeni konserwatorzy bardzo szybko opuścili Środkową Stację.
Stacja Docelowa znajdująca się najbliżej kolonii również zawarła wrota.
Opowieści przyniesione przez ostatnią ekipę zostały uciszone. Nikt nie chciał paniki i masowej ucieczki górników. Zbyt wiele zainwestowano w projekt, aby go teraz przerwać. Cisza trwała przez rok. Aż do teraz.
James Holings wysiadł z windy i udał się przez opuszczony korytarz do biura administracji. Było cicho gdyż większość kolonistów zajmowało się grzybnią. Reszta prowadziła konserwację generatorów i kaloryferów rozmieszczonych gęsto po całym Sommersand. Stanął przed drzwiami o numerze A-1. Skaner odczytał rysy jego twarzy i wpuścił do środka.
- Witam, panie Holings - odezwał się kobiecy głos Sztucznej Inteligencji - Pan Forssen oczekuje pana w swoim biurze.
James'a poraził przepych biura. Przez chwilę zastanawiał się czy to nie zwykły hologram, iluzja. Wiśniowe biurko. Pełno półek z książkami, w dzisiejszych czasach będących reliktem przeszłości i stanowiących dla kolekcjonerów niezwykłą wartość.
Młody mężczyzna był obrzydzony tym, pełnym przepychu, widokiem. Większość górników ledwo ciułała na chleb.
Za biurkiem siedział porządnie zbudowany mężczyzna o kwadratowej i raczej nieeleganckiej twarzy. Wstał od razu, kiedy Holings przekroczył próg i przywitał się uściśnięciem dłoni. Miał na sobie staromodny garnitur. Turkusowy krawat szczególnie irytował kapitana ekipy badawczej.
- Whiskey? - zaproponował burmistrz o twarzy przestępcy.
- Nie, dziękuję - odpowiedział grzecznie Holings, po czym zapytał: - O co chodzi?
Forssen wskazał fotel i poprosił żeby jego gość usiadł. James usłuchał. Elegant zatarł ręce jakby z zimna, chociaż w biurze nie było wcale chłodno, i spojrzał poważnie na kapitana.
- Sytuacja jest bardzo kiepska.
- To znaczy?
Forssen poptarzył na James'a z nieukrywaną irytacją.
- To znaczy, że jeśli prognozy, które przynosisz są kiepskie to nasza sytuacja jest bardziej niż zła. Rzekłbym, że jest do dupy.
- Po co od razu ten pesymizm? - James chciał podrażnić się z burmistrzem.
- Czyli pogoda wkrótce się zmieni? - zabrzmiała nutka nadziei w głosie Forssena.
- Nie - odpowiedział krótko Holings obserwując z satysfakcją jak elegant czerwieni się ze złości.
Po chwili buraczana czerwień rozpłynęła się na twarzy burmistrza ustępując lekko różowej barwie.
- To nie mamy wyboru - podsumował kiwając głową - Należy otworzyć kolejkę.
James popatrzył na Forssena nie rozumiejąc.
- Nie patrz się tak jakbyś pierwszy raz złapał się za stojącą kuśkę - burknął gniewnie elegant - Nasze zapasy paliwa gwałtownie się kurczą. Nie dostaniemy żadnego wsparcia od rządu. Zapomniałeś? Jesteśmy niezależną firmą.
Holings skinął głową, że rozumie.
- Jeśli zamieć będzie utrzymywać się dalej... Kupcy przestali się tu kręcić gdyż poznali prognozy. Doskonale zdają sobie sprawę, że żaden wahadłowiec nie oderwie się od ziemi w czasie burzy. Żaden rozsądny kapitan nie wyląduje frachtowcem. Zresztą nie ma nawet na czym. Lądowisko było nieodśnieżane i tylko ta całą grupa najemników... jak im tam było?
- "Szkarłatne Wyżły" bodajże.
- No. Właśnie. Kapitan zaryzykował i wylądował w czasie tej zimnicy. Teraz pluje sobie w brodę.
- W ogóle skąd oni się tu wzięli? Co ich skłoniło żeby tak narażać okręt?
- Skąd mam wiedzieć? - odparł Forssen poirytowany - Latają tu i ówdzie pobić się dla kasy. A przecież w Rubieżach nie ma się z kim bić. Piraci preferują atakować statki niż kolonie. Najmniejszych się atakować nie opłaca, a największe mają systemy obronne.
James miał nieodparte wrażenie, że burmistrz kłamie. Nie skomentował tego jednak tylko zmienił temat.
- Co z tym tunelem?
- Ty i twoja drużyna, razem z milicją i najemnikami macie za zadanie naprawić tory.
- Czyli co? Mamy otworzyć Bramy? Wiesz doskonale, co tam się wtedy stało.
- Wiem, ale nie mamy wyboru. Znaczy mamy. Albo zamarznąć albo działać. Wybieram to drugie.
- Narazisz ludzi...
- Narażę całą kolonię jak nic nie zrobię - Forssen nie ustąpił - Ciesz się, że pomyślałem o tym żeby dać twojej grupie możliwość zbadania obcych. Kiedy wy będziecie biegać z próbówkami, najemnicy zabezpieczą teren, a inżynierowie zaleją dziurę betonem i naprawią szyny.
- Cieszę się niezmiernie - odpowiedział Holings wstając.
Drużynę prowadziły cztery czteronożne mechy najemników. Uzbrojone w wiertła, spawacze oraz miotacze ognia miały stanowić trzon ekspedycji. Grupie przewodziła pani weteran, pułkownik Agma Duelfist. Blondynka i szerokiej twarzy i surowym spojrzeniu wydawała komendy warkliwym tonem.
Po kwadransie szybkiego marszu ekspedycja dotarła do Środkowej Stacji. Było czysto. Gdyby nie szron, który wszystko pokrywał stację można było uznać za nienaruszoną od czasu ewakuacji.
Grupa milicjantów zajęła się uruchamianiem generatorów. Rozbłysły niebieskie halogenowe światła. Obrazy kamer nie pokazywały mętną poświatę zewnętrznego świata. Coś musiało oblepić soczewki.
Mechy ustawiły się parami, przodem do wrót. Nie włączono wentylacji toteż było bardzo duszno. Szczęśliwie kombinezony były wyposażone w odpowiednią mieszankę powietrza.
Wrota zostały otwarte. Stare, nienaoliwione mechanizmy zaskrzypiały dziko. Nagle spomiędzy rozjeżdżających się metalowych płyt zaczął lecieć zielonkawy płyn.
Kilku robotników westchnęło głośno. Pani pułkownik kazała pilotom mechów otworzyć ogień. Szeroki strumień gorąca wystrzelił z miotaczy ognia paląc napotkaną ciecz. Para unosiła się gęsto.W powietrzu można było poczuć nieprzyjemny zapach.
- Przerwać ostrzał - szczeknęła oficer i spojrzała na James'a - Pańska drużyna przodem.
Holings skinął głową, spojrzał na naukowców.
- Słyszeliście. Bierzmy się do roboty. Z każdego okazu bierzcie po trzy próbki.
Ludzie ubrani w białe kombinezony wyszli przed maszyny kroczące. Ujrzeli symetrycznie wykutą skałę pokrytą czarnym kożuchem czarnego mchu i czegoś co przypominało pleśń. Czym prędzej wyjęli próbki i zaczęli zbierać wszystko co uznali za najważniejsze.
James Holings spojrzał w ciemność tunelu. Światło reflektorów wcale nie rozjaśniało terenu. Było pożerane przez obce rośliny. W głębi otchłani było coś jeszcze. Jakaś niewyraźna sylwetka wysokiej i smukłej istoty. Wyjął latarkę i zwiększył jej intensywność. W promieniu światła błysnęły oczy po czym zniknęły. Kapitan poczuł nieprzyjemne mrowienie w okolicy pleców. Czuł jak dostaje gęsiej skórki. Szarpnął nim dreszcz.
- P-powinniśmy wracać... - zająknął się - Drużyna. Wróćcie za bram...
Nagle poczuł ból w okolicy potylicy. Po chwili ustąpił miejsca paraliżowi. James nie mógł się ruszyć. Przed oczami widział małe zjawy światełek. Jego głowa oparła się niewygodnie o ścianę tunelu. Zwalił się na ziemię. Dusił się. Zobaczył ciemność...
Brzmi jak wstęp do opowiadania. Jako taki jest całkiem-całkiem.
OdpowiedzUsuńZ uwag: -tunel nie może wystawać z klifu, tak jak dziura nie wystaje z sera
oraz z technicznego punktu widzenia razi kilka szczegółów:
-wykonanie odlewu to początek długiej drogi do otrzymania gotowego elementu
-TIRy w kopalni, jak rozumiem miały pokazać skalę szybu, jednak nie pasują do całości jako twór dzisiejszy i zupełnie nie nadający się do transportu rudy
Dziękuję za wskazówki ;)
Usuń